sobota, 16 maja 2015

Golden Triangle - Agra cz.1

Z Delhi do Agry dostaliśmy się pociągiem, ekspresem o wdzięcznej nazwie Bhopal Shatabdi. W związku z tym, że przemieszczaliśmy się koleją w Indiach po raz pierwszy, postanowiliśmy przede wszystkim zobaczyć, jak to wygląda w praktyce i postawiliśmy na komfort i bezpieczeństwo, decydując się na przejazd pierwszą klasą. Z tego też pewnie względu, podróż nie była szczególnie emocjonująca i pełna niespodzianek. Dwuosobowe fotele, czysto – warunki standardem praktycznie nieodbiegające od zachodnich. Pomijając fakt, że mieliśmy okazję przejechać się najszybszym pociągiem w Indiach, osiągającym maksymalnie prędkość 155 km/h, odważmy się powiedzieć to głośno, było nudnawo. Dobrze, że tylko dwie godziny, bo za oknem też niewiele się działo. W przeciwieństwie do podróży z Agry do Jaipuru, ale o tym już następnym razem...

Pociąg odjeżdżał z Delhi o 6 rano. Jest to jeszcze pora przed wschodem słońca i nie ukrywam, że trochę obawiałam się tego jak będziemy się czuć na dworcu po ciemku. Zresztą podobne odczucia miałabym, gdybym musiała podróżować w nocy ze Śródmieścia czy Zachodniego w Warszawie. A przekładając doświadczenia z Polski na realia indyjskie, spodziewałam się tłumów bezdomnych i żebraków. Tymczasem poza panami, którzy oczywiście za drobną opłatą, rwą się do tego, aby wyjmować walizki z bagażników, przed nikim się bronić nie musieliśmy. Powód jest prosty! Wejście na dworzec możliwe jest tylko za okazaniem biletu. Poza tym bagaż jest prześwietlany a wchodzący poddawani kontroli bezpieczeństwa podobnej do tej na lotniskach, choć zdecydowanie mniej restrykcyjnej. I o ile uważam, że jeżeli ktoś chce wysadzić pociąg w powietrze, to bombę i tak wniesie, to taka forma kontroli jest skutecznym ograniczeniem przed rozmaitymi ludźmi nękającymi podróżnych.

Do Agry dotarliśmy około 10 rano i pojechaliśmy do hotelu zostawić rzeczy. Agra została założona na przełomie V i VI wieku i była potem rozbudowywana przez kolejnych władców z dynastii Wielkich Mogołów, którzy ustanowili w niej stolicę swojego imperium. Miasto miało szczęście znaleźć się na przecięciu dwóch niezwykle ważnych, historycznych szlaków handlowych: jednego łączącego Delhi z Bengalem oraz drugiego, prowadzącego z Dekanu do Himalajów i Kaszmiru. Powstawały nowe pałace, meczety i mauzolea. Agra kwitła, do czasu, gdy w VII wieku zdecydowano o przeniesieniu stolicy do Delhi. Obecnie miasto jest ciągle ważnych węzłem komunikacyjnym, ośrodkiem przemysłu, centrum naukowym i kulturalnym. Mówiąc jednak oględnie, nie zachwyca.


Nasza taksówka, na głównej ulicy wyprzedziła wielbłąda. Strasznie
śmieszne uczucie, bo wielbłąd jest tak wielki, że z okna samochodu widać tylko
długie nogi. Prawie usta otworzyłam z wrażenia. Wielbłądy są wykorzystywane
na północy Indii do pracy w rolnictwie. A w miastach turystycznych, również
do przewozu turystów. Wiadomo - kto by nie chciał się przejechać bryczką
zaprzęgniętą w wielbłąda?! Mąż gdzie wyczytał, że wielbłądy są tak duże, że
do produkcji powozów przez nie ciągniętych używa się kół odzyskiwanych z samolotów.
Dachy Agry - widok z pewnej małej i bardzo smacznej knajpki.

Dachy Agry - w tle Taj Mahal.
W tej samej małej i smacznej knajpce, w czasie posiłku towarzyszył nam, wędrując
po ścianie, dorodny okaz jaszczurki. Na szczęście, jaszczurek się nie boję!

Główną atrakcją Agry jest bez dwóch zdań Taj Mahal, jak to niektórzy mówią, monumentalny pomnik miłości. Również i my skierowaliśmy tam pierwsze kroki. Nie powiem, aby był to zupełny przypadek, ale akurat tam świętowaliśmy trzecią rocznicę naszego ślubu. Niemniej jednak, daleko mi do bezrefleksyjnego romantyzmu – niezależnie od tego jak piękna jest ta budowla, trzeba pamiętać, że jest to po prostu grób.

A budowla jest przepiękna! I robi niesamowite wrażenie! To o co chodzi tak właściwie z tym romantyzmem? Śpieszę więc z wyjaśnieniami. Taj Mahal to grób Mumtaz Mahal, żony piątego władcy z dynastii Wielkich Mogołów, Shah Jahana. Zanim Mumtaz Mahal stała się żoną władcy nosiła imię Arjumand Banu Begum. Shah Jahan zobaczył ją po raz pierwszy w Agrze, gdy pracowała w sklepie swojego ojca. Miała wtedy tylko 14 lat i podobno była bardzo piękna. Władca zapałał do niej wielką miłością i ich ślub odbył się pięć lat później. Dlaczego młodzi musieli na niego aż tyle czekać? Ci co pomyśleli, że przeszkodą był wiek panny młodej, nie mają racji. Młodzi musieli czekać na dzień, który astrologowie królewscy ustalili za najbardziej odpowiedni do zawarcia małżeństwa. Mumtaz nie była pierwszą żoną Shah Jahana (drugą albo trzecią), ani też ostatnią, ale zdecydowanie tą najbardziej ukochaną. Zmarła w 1631 roku po dziewiętnastu latach szczęśliwego związku, przy porodzie córeczki, czternastego dziecka. Shah Jahan, który dowiedział się o śmierci w czasie wyprawy wojennej do Dekanu, osiwiał podobno z rozpaczy w ciągu jednej nocy.

Mumtaz Mahal miała przed śmiercią trzy życzenia, które Shah Jahan przez resztę swego życia z mniejszym lub większym zaangażowaniem spełniał. Po pierwsze, chciała, aby zaopiekował się dziećmi. Po drugie zażądała, aby nigdy więcej się nie ożenił. Po trzecie wreszcie poprosiła, aby wybudował jej piękny i z niczym innym nieporównywalny grobowiec.

Shah Jahan wziął sobie do serca zwłaszcza ostatnią część prośby i tak powstał Taj Mahal. Przez dwadzieścia dwa lata, dwadzieścia tysięcy robotników, którzy nie byli niewolnikami lecz najwyższej klasy rzemieślnikami, budowało mauzoleum. Legenda głosi, że po zakończeniu prac Shah Jahan kazał obciąć wszystkim budowniczym po kciuku, aby już nigdy nie byli w stanie stworzyć równie pięknej budowli. Ale to tylko legenda...

Skala prac przekroczyła chyba i oczekiwania samego Shah Jahana. A na pewno poważnie nadwyrężyła królewski skarbiec. Kiedy ukończono wreszcie Taj Mahal wszyscy odetchnęli z ulgą. Tymczasem władca zaczął budować ogrody na drugim brzegu Jamuny... A w państwie pojawiły się plotki, że władca pragnie wybudować tam dla siebie grobowiec, Taj Mahal z czarnego marmuru. Jego syn Aurangzeb tak bardzo się przestraszył, że doprowadził do detronizacji Shah Jahana i umieścił go w więzieniu w Czerwonym Forcie. Aby podtrzymać jednak nadwątlone relacje z ojcem, ofiarował mu wspaniałomyślnie celę z widokiem na mauzoleum. Po śmierci Shah Jahan został pochowany obok swojej ukochanej żony, a w związku z tym, jego grób w krypcie jest jedynym elementem zakłócającym doskonałą symetrię Taj Mahal. Obecnie naukowcy, badający pozostałości po ogrodach na przeciwległym brzegu Jamuny, skłaniają się ku opinii, że Shah Jahan nie miał wcale zamiaru stworzenia kolejnego grobowca - chodziło mu podobno tylko o wybudowanie basenu, w którym Taj Mahal dawał czarne odbicie. Ale cóż - przez brak komunikacji w rodzinie, resztę życia spędził w więzieniu...

Spotęguję jeszcze chwilę napięcie i zacznę od zdjęcia bramy. Nazywa się ona Darwaza-i-Rauza
(Great Gate albo Royal Gate, co można tłumaczyć jako Wielka Brama). Roboczo
zwana jest czasami Bramą Saraceńską. Zbudowana jest z czerwonego piaskowca
 i jest jedynym wejściem do grobowca. Za nią już tylko ogród, kanały i Taj Mahal...
Na bramie znajdują się 22 białe wieżyczki, które podobno symbolizują liczbę
lat, w trakcie których budowano Taj Mahal.
Zdobienia Bramy Saraceńskiej
Widok na Bramę Saraceńską z Taj Mahal. Do grobowca prowadzą po obu stronach
kanału ścieżki długie na 300 metrów i wyłożone piaskowcem. W tym miejscu
można jeszcze chodzić w butach. Należy je zdjąć dopiero przed wejściem na platformę Taj Mahal.
Jeszcze raz zbliżenie na Bramę Saraceńską od strony Taj Mahal.
Mieliśmy dużo szczęścia, bo było bardzo mało ludzi.
Monumentalny Taj Mahal.

Taj Mahal składa się z głównej świątyni z wielką kopułą, w kształcie cebuli,
 która jest charakterystyczna dla sztuki islamu. Po bokach rozmieszczono cztery
minarety. Wszystko to stoi na pincie, platformie z białego marmuru. Olbrzymia brama ma
symbolizować wrota do raju.


Legenda głosi, że Taj Mahal konstrukcyjnie został osadzony
na czymś w rodzaju poduszki. Ma to ochronić mauzoleum
na wypadek trzęsienia ziemi. Widać rzeczywiście, że minarety
odginają się lekko na zewnątrz. Tu też zamysł był taki, aby
nie przewróciły się one na budowlę gdy ziemia się zatrzęsie.



Przed Taj Mahal odbywa się pokaz dziwnych póz. Każdy przecież chce mieć zdjęcie,
na którym trzyma czubek budowli w dłoni. A lokalni fotografowie śpieszą ze
wskazywaniem, która poza będzie najlepsza.

Niektórzy twierdzą, że się zawiedli, gdy zobaczyli go na własne oczy.
My nie żałujemy! Choć zadeptywany i zatłoczony, ciągle jest niesamowity.
Od 1983 roku znajduje się na liście światowego dziedzictwa Unesco.
Widok na Taj z bramy Darwaza-i-Rauza.
Do budowy Taj Mahal sprowadzano najlepsze i najcenniejsze materiały z całego
świata. Głównym budulcem był biały marmur pochodzący z Makrany. Jest on tak
wyjątkowy gdyż przepuszcza światło. W związku z tym Taj Mahal przyjmuje różne
kolory w zależności od pory dnia i intensywności słońca. Podobno szczególnie pięknie wygląda
w czasie wschodu i zachodu, kiedy światło pada na niego z boku.

Do zdobienia wykorzystano technikę pietra dura. Oznacza to, że miejsce na
każdy kamyczek zostało najpierw wydłubane w marmurze, a potem został on tam
wklejony. A te wszystkie kolorowe elementy zdobień nie są szkiełkami - są to kamienie
półszlachetne, głównie agaty, turkusy i jaspisy. Wszystkie kratki są również
rzeźbione w marmurze. Napisy, pochodzące z koranu, również wykonano techniką
pietra dura, tylko zamiast kolorowych kamieni, osadzono tam czarny marmur.
Pomyślano również o tym, żeby napisy wyglądały tak, jakby były tej samej wielkości.
W związku z tym, teksty na wyższych partiach budynku, napisane są "większą czcionką".
Cięcia w marmurze na Taj Mahal.
Po obu stronach mauzoleum zbudowano dwa, oczywiście symetrycznie położone
i identyczne budynki z czerwonego piaskowca. W jednym z nich mieści się meczet,
a w drugim sala zebrań.
Kobiety w kolorowych sari na płycie Taj Mahal.
Z Taj Mahal wychodziliśmy nie główną alejką nad kanałem wodnym, ale poszliśmy
nieco z boku, wgłąb parku. Było niesamowicie przyjemnie. A przede wszystkim pusto i cicho,
bo zapuszczało się tam niewielu turystów. Znaleźliśmy ławkę w cieniu, aby chwilę
odpocząć. Okazało się jednak, że nie jesteśmy tak zupełnie sami. Spędziliśmy prawie
godzinę podpatrując naturę. A było naprawdę warto!
Na drzewach szalały małpy. 
Jak już kiedyś wspominałam w Indiach obowiązuje dyskryminacja cenowa, która
w Taj Mahal jest akurat szczególnie widoczna. Cena dla turystów lokalnych wynosi
20 rupii, a dla zagranicznych 750 rupii. Żeby nie było, że cudzoziemcy płacą za nic!
W cenę wliczona jest butelka wody i nakładki ochronne na buty. Dokładnie takie, jak
małpka trzyma w zębach. Nakładki należy założyć przed wejściem na platformę Taj
Mahal. Nie przysługują one turystom lokalnym i jeżeli ci nie pomyśleli wcześniej
o zabraniu skarpetek, chodzenie boso po nagrzanej płycie nie należy na pewno do przyjemności.
Po zejściu z płyty ludzie wrzucają nakładki do koszy na śmieci, ale jak widać
małpy są wystarczająco inteligentne, aby je stamtąd wyciągnąć. 
Smacznego!

Potem zmęczone zabawą małpy zasypiały w różnych dziwnych pozycjach.
Bo przecież każdy wie, że najlepiej się śpi, trzymając w ręku własną stopę!
Albo jeszcze przyjemniej, gdy całuje się własne kolana...

Postanowiliśmy więc małp nie budzić.
Obok ławki biegały oswojone wiewiórki.

Na drzewach skrzeczały znane już nam Aleksandretty Obrożne.
Na zdjęciu ptaszek w wersji męskiej.
Dokonaliśmy również kilku odkryć ornitologicznych. Po pierwsze sówka.

Po drugie, podejrzewam, że wyjątkowej urody dzięcioł.
Po trzecie, uroczy ptaszek o wyglądzie szarego worka z dziobem - macie pomysł co to?
Stawiam na Ibisa. Ale może właśnie odkryłam nowy gatunek?!

Po wizycie w Taj pojechaliśmy jeszcze do Czerwonego Fortu, ale o tym napiszę następnym razem. Dziś skupię się na tym, co działo się wieczorem.

Jak już wcześniej wspomniałam, nie do końca przypadkiem obchodziliśmy tego dnia rocznicę ślubu. Jeszcze w fazie planowania wakacji, Mąż napisał maila do hotelu z prośbą o rezerwację stolika na kolację. Kiedy jednak manager dowiedział się, że będziemy świętować, zaproponowano nam coś specjalnego. Mianowicie kolację przy świecach, nad hotelowym basenem, ze specjalnie dla nas przygotowanym menu. Stwierdziliśmy, że bierzemy!

Kiedy rano, przez zwiedzaniem Taj Mahal, pojechaliśmy zameldować się w hotelu, znając indyjskie realia, nikt nic o naszej kolacji nie wiedział. Okazało się, że z tym basenem to też tak nie do końca, bo jest on od kilku miesięcy remontowany. Wszyscy byli dość zdezorientowani. Byliśmy jednak przygotowani na taką okoliczność i pokazaliśmy wydrukowanego maila z potwierdzeniem. Stwierdziliśmy jednak, że nie ma problemu – chcemy tylko, aby zarezerwowali nam stolik w hotelowej restauracji. Ale hotel stwierdził, że stanie na głowie, żeby nam tę kolację przygotować. I rzeczywiście wieczorem, wszystko było gotowe!

Była to najśmieszniejsza, nieco malaryczna, kolacja w moim życiu! Siedzieliśmy przy stoliku, na którym paliły się świece, nad basenem – ja plecami, Mąż frontem to folii zasłaniającej prace remontowe. Dookoła nas skakało trzech kelnerów: jeden przynosił potrawy, drugi dolewał wina, a trzeci zapalał świece antykomarowe. Pan odpowiedzialny za ochronę przed komarami robił wszystko, co w jego mocy, ale z naturalnych względów był skazany na porażkę w nierównej walce przeciw chmarze komarów. I patrzył z przerażeniem jak my się coraz bardziej odganialiśmy i drapaliśmy. Jako, że basen był ogólnie dostępny dla wszystkich mieszkających w hotelu, z czasem zaczęli przychodzić ludzie, którzy dość dziwnie na nas patrzyli. Najpierw pan w kąpielówkach, który długo nie mógł się zdecydować, czy na pewno chce popływać. Wchodził do wody i wychodził. Potem pojawiła się grupka turystów niemieckich w wieku późnonastoletnim, którzy zsunęli sobie stoliki obok, wyciągnęli własne wino i zaczęli imprezę. Romantyzm po indyjsku...

Na naszym stoliku zaczęły kolejno pojawiać się dania. Przy robieniu rezerwacji mieliśmy świadomość, że będzie to duża, pięciodaniowa kolacja. Ale byliśmy przekonani, że porcje będą wielkości przystawek, tak tylko na smak, aby za bardzo się nie najeść. Zresztą byliśmy naprawdę głodni! Tymczasem dania były tak ogromne, że po pierwszym byłam już zupełnie najedzona, a zanim doszliśmy do dania głównego miałam dość! Mąż choć wiele może, też ogłosił kapitulację. Swoje też na pewno zrobiła uczta mięsna z poprzedniego dnia. Och jak ja żałowałam patrząc na pyszne jedzenie, że już nie mogę! Zresztą widzieliśmy, jak przykro jest kelnerom, gdy zabierają talerze z niedojedzonymi resztkami.

Prawdziwa rozpacz nastała jednak dopiero, gdy zgodnie odmówiliśmy deseru i chcieliśmy już zapłacić. Kelner zbladł i popatrzył na nas z przerażeniem. Powiedziałam do Męża, że chłopak zaraz zemdleje, ale on tylko pobiegł po menagera. Ten z kolei zaczął nas pytać, czy jesteśmy niezadowoleni i co się stało? Wyjaśniliśmy, że wszystko nam się podobało, było pyszne, a problem polega na pojemności naszych żołądków. Atmosfera się rozluźniła, a menager stwierdził, że bez deserów nas nie wypuści – jeden zjemy dziś na pół, a drugi zaniosą nam do lodówki i spożyjemy go później, kiedy będziemy mieć ochotę. Dyskusji już nie podjęliśmy, a deser był drugiego dnia równie smaczny, co pierwszego. Potem już tylko przyszli się nam przedstawić i z nami przywitać kucharz i jego pomocnicy. A my doturlaliśmy się przejedzeni do pokoju. Dobrze, że winda działała!


I tym smacznym akcentem, żegnam się do następnego wpisu! 

Dla zainteresowanych - malarii nie stwierdzono, okres wylęgania dwa tygodnie po ugryzieniu.

sobota, 9 maja 2015

Ilu Hindusów potrzeba, aby naprawić klimatyzator, czyli podsumowanie miesiąca

Pomiędzy Delhi a Agrą nadszedł czas na krótki post o sprawach codziennych. Tym razem zdjęć nie będzie. Gdybym chciała ten wpis zilustrować, to powinnam chyba zdjęcie Briana upublicznić...

W Indiach nic nie jest proste. Praca ma swoje znaczenie, a im dłużej się na nią czeka tym większa jej wartość. Tak przynajmniej wydaje się tu świadczącym usługi... Bo moje doświadczenia, z punktu widzenia osoby czekającej na wykonanie usługi, są zgoła inne. W Jaipurze jeden z rikszarzy opowiedział nam dowcip – dla nas kwintesencję Indii, zawartą w jednym zdaniu! „There is only one problem in India – No Problem” (Jest tylko jeden problem z Indiami – powtarzane ciągle nie ma problemu).

Kiedy wróciliśmy z Jaipuru, okazało się, że Saraswati zrobiła generalne porządki. Wszystko umyła, wytrzepała, uprała, odkurzyła... Okazało się również, że postanowiła nas uszczęśliwić i gruntownie wyczyściła sprzęt stereo Męża. Co jej przyszło do głowy?! Nie wiem. Zwłaszcza, że to była jedyna rzecz w mieszkaniu, której prosiliśmy żeby nie dotykała. Szczęśliwi nie byliśmy! Sprzęt grający Męża czyści Mąż i taki układ od wielu lat działa. A że Mąż czyści go raz na rok to inna sprawa. Ja nauczyłam się żyć z kurzem na kablach i nie patrzę po prostu w tamtą stronę. Saraswati spojrzała! Ucierpiała jej ambicja i zmysł gospodyni. Wezwała więc swojego męża, aby popodnosił poszczególne elementy ustawionej przez Męża piramidy, gdy ona będzie wycierała kurze. Efektem były wyrwane kable w kolejnych piętrach i rozstrojony na skutek przetarcia szmatą gramofon. Mąż był wściekły i odbył z Saraswati poważną rozmowę. Na swoją obronę powiedziała tylko, że przecież nie wyczyściła sprzętów żadnym detergentem tylko samą szmatką...

W niedzielę okazało się również, że nie działają Internet i telewizja. W kwestii telewizji nasze pierwsze podejrzenia padły na Saraswati, że wyrwała kabel antenowy ze ściany. Sprawa się jednak szybko wyjaśniła. Dowiedzieliśmy się, że nasz dostawca, Tata Sky, przeprowadzał modernizację systemów i coś nie wyszło. W efekcie, telewizji nie miała połowa miasta. Jeżeli chodzi o Internet natomiast, to panowie w czasie remontu ulicy po prostu przecięli światłowód.

Tydzień zapowiadał się więc dobrze. Czekaliśmy tylko kiedy wyłączą prąd i z kranu przestanie lecieć woda... Co do wody z kranu, to nastało lato i ostatnio leci gorąca. I nawet zimna leci gorąca. A czasami nawet zimna jest bardziej gorąca niż gorąca! Problem polega na tym, że zbiorniki z wodą są na dachu i się szybko nagrzewają. A pojemnik z zimną wodą jest bardziej na słońcu niż ten z ciepłą. Kiedy próbowałam się ostatnio spłukać pod prysznicem, woda zimna była tak gorąca, że nie byłam w stanie pod nią stać. W akcie desperacji chciałam już łapać ją do wiadra i mieszać z mineralną. W końcu udało się na szczęście spłukać nieco chłodniejszą gorącą. Ja tylko współczuję naszym kwiatkom na balkonie. Temperatura wody, którymi je czasami podlewam jest taka, że zieloną herbatkę to już bym mogła w niej zaparzyć...

Wracając jednak do tematu napraw. Jak wiecie z poprzednich wpisów, po powrocie z Jaipuru wysypka zabarwiła mi twarz na czerwono a gorączka też nie wpływała pozytywnie na moje samopoczucie. Z tego też powodu moje działania ograniczyły się do wysłania kilku maili do Briana z prośbą o załatwienie spraw zaległych, niektórych ciągnących się jeszcze od momentu, kiedy wprowadziliśmy się do mieszkania oraz skontaktowanie się z Tata Sky. Żadnego większego odzewu na moje prośby nie było!

A spraw zaległych kilka było. Wcześniej nie naciskaliśmy zbyt na ich realizację i rzeczywiście pozwoliliśmy rzeczom toczyć się ich indyjskim tempem. Ale mieliśmy ważny powód - czekaliśmy na przedłużenie umowy najmu mieszkania. W lutym, tuż po tym gdy przyjechały nasze rzeczy, miała miejsce dziwna sytuacja. Zadzwonił do nas zarządzający mieszkaniem i powiedział, że mieszkanie chciałby obejrzeć jak to określił, „przyjaciel” właściciela. Z żoną! Właściwie nie była to prośba o możliwość obejrzenia mieszkania tylko żądanie udostępnienia we wskazanym terminie. Stwierdziliśmy, że sytuacja jest na tyle niepokojąca, że sięgnęliśmy do zapisów umowy. Okazało się, że jest ona podpisana tylko do końca maja i zaczęliśmy lekko panikować. Dlaczego? Właśnie się zdążyliśmy rozpakować, kupić meble na balkon i trochę innego sprzętu do mieszkania. Pomysł szukania nowego mieszkania, delikatnie mówiąc, nam się nie podobał! Mąż, wyjaśniając nasze obawy, poprosił swoją firmę o natychmiastowe podjęcie negocjacji w celu przedłużenia umowy. A my znaleźliśmy zapis, że właściciel mieszkania powinien powiadomić nas na piśmie, jeżeli chce, abyśmy wpuścili kogoś do mieszkania. Poprosiliśmy więc zarządcę o przedstawienie takiego pisma od właściciela. Po tej prośbie temat pokazywania mieszkania „przyjacielowi” właściciela i jego żonie na szczęście nie został już nigdy powtórzony.

Właściciel bez problemu przedłużył nam umowę. Poza tym, nadeszło lato, a z nim naprawdę wysokie temperatury, które zmobilizowały nas do działania. Zresztą ile można czekać?! I najważniejsze - nastała pamiętna niedziela! A z niedzielą wyścig Formuły 1, której Mąż jest fanem od czasu pieluch! I okazało się, że nie działa nam żaden kanał sportowy a światłowodu ciągle nie naprawili. Mąż żeby obejrzeć wyścig zużył miesięczne pakiety internetowe z naszych obu telefonów. Był to ewidentnie punkt zwrotny w naszym indyjskim życiu. Mąż zrobił rozpierduchę i napisał maila do zarządcy, dodając do korespondencji również właściciela mieszkania.

I sprawy magicznym sposobem ruszyły!

Pamiętacie dzień, kiedy na początku lutego przyjechały nasze rzeczy do Mumbaju i pana, który przyszedł diagnozować niedziałający klimatyzator? Stwierdził wyciek gazu i powiedział, że jutro przyjdzie go naprawić. Od tego momentu nic się nie stało. Po kilku niedotrzymanych terminach, „no problem m’am” oraz codziennych, poważnych rozmowach z Brianem – udało się. Wreszcie nastało „jutro”! Do moich drzwi zapukało dwóch panów z firmy zajmującej się konserwacją urządzeń klimatyzacyjnych. Podeszli do zadania profesjonalnie. Zamknęli wszystkie okna i włączyli wszystkie klimatyzatory. Na słowo nie chcieli mi uwierzyć, że nie działa tylko ten nad stołem, a pozostałe są sprawne. Jeden z panów wyszedł na zewnętrzny balkon, a drugi obserwował jego zmagania z środka. Podyskutowali i zdiagnozowali – awaria spowodowana jest wyciekiem gazu. Specjalnie mnie to nie zaskoczyło. Powiedziałabym nawet, że się ucieszyłam, że przez ostatni miesiąc zepsuty klimatyzator już się bardziej nie zepsuł. Pomyślałam, że teraz to już musi się rozpocząć część właściwa, akt naprawy. Ale panowie spakowali swoje rzeczy i gotowi do wyjścia podsunęli mi do podpisu dokument z diagnozą. Ale się wkurzyłam! Panom powiedziałam, że nic nim nie podpiszę, jeżeli natychmiast nie wyznaczą mi terminu naprawy. A z panami to nie dość, że się pokłócić nie dało, to nawet porozmawiać po angielsku nie za bardzo. Patrzyli na mnie tylko przerażeni! Potem wymyślili, żeby zadzwonić do Briana. I tak cała moja złość i frustracja wylała się na niego, bo ile można! Obiecał mi, że przyśle kogoś do naprawy w ciągu dwóch dni. Ja upewniłam się, że ma na myśli dwa najbliższe dni i zgodziłam się. Podpisałam się panom na diagnozie i napisałam krótkiego maila do zarządcy, przełożonego Briana, w którym pochwaliłam się jaką obietnicę mi złożył jego pracownik i podkreśliłam jak bardzo liczę na to, że dotrzyma słowa. Klimatyzator został naprawiony następnego dnia.

Chciałabym powiedzieć, że działa do dziś... No ale działał dwa tygodnie i niedawno przestał. Nie wiem, czy to kwestia jakości naprawy? Od czasu naprawy przez okno pod klimatyzatorem wychodzili panowie, którzy montowali balustrady do naszego mini balkonu. Wnosili metalowe rurki, spawali, szlifowali – wszystko możliwe. Panowie są bardzo zdolni. Udało się już im nawet raz wyrwać nam gniazdko ze ściany. Powiedziałam o tym naszemu zarządcy z nadzieją, że przyjdą naprawić. Ostatecznie naprawy podjął się Mąż, ale panowie musieli zostać zaznajomieni z moją skargą, bo następnego dnia próbowali do gniazdka wetknąć same kable bez zabezpieczenia ich wtyczką. Logika poniekąd słuszna – drugi raz by już tym sposobem gniazdka nie wyrwali... Wracając jednak to tematu panów od klimatyzacji. Pozostała mi po nich pamiątka w postaci dwóch czarnych odciśniętych dłoni - jedna na białej ścianie, druga na suficie. A kwestia ilu Hindusów potrzeba do naprawy klimatyzatora pozostaje w dalszym ciągu nierozstrzygnięta...

Kolejna sprawa z listy zaległości - butla z gazem... Jaki problem może być, żeby kupić butlę z gazem? Przecież po ulicach chodzi tylu dostawców! Przecież każdemu zależy, żeby zarobić! Wszystko to prawda, ale w Indiach prawa rynku nie działają! A nie działają prawdopodobnie dlatego, że jest to obszar nadzorowany przez państwo.

Na początku lutego skończyła nam się nasza butla gazowa. Mieliśmy drugą w zapasie, więc zaczęliśmy czynić powolne wysiłki, aby w ogóle dowiedzieć się, gdzie trzeba zadzwonić, aby zamówić nową. System jest zautomatyzowany – należy zadzwonić pod pewien numer, gdzie automat prosi o wybór odpowiedniej cyfry, w zależności od tego, co chce się zrobić. Wydaje się bardzo proste, prawda!? Problem polega na tym, że zamówienia można dokonać tylko z zarejestrowanego numeru telefonu.

Najpierw spróbowałam sama zarejestrować mój numer telefonu. Kiedy udało mi się wreszcie dodzwonić do biura obsługi klienta i próbowałam się porozumieć po angielsku, miła pani, aby nie marnować swojego czasu po prostu odłożyła słuchawkę. I tak się jeszcze chwilę bawiłyśmy. W końcu zrezygnowałam i poprosiłam Saraswati, aby z nimi pogadała. Przez trzy dni nikt nie odbierał połączeń, tak około dwudzisetu dziennie, a kiedy czwartego dnia, wreszcie ktoś podniósł słuchawkę po drugiej stronie, natychmiast poprosiłam Saraswati do telefonu. Miałyśmy jednak pecha. Pani z obsługi klienta powiedziała, że właśnie zawiesił się jej komputer i że mamy zadzwonić za dziesięć minut. Zanim Saraswati zareagowała, odłożyła słuchawkę. Drugi raz, jak można się było spodziewać, nikt już telefonu nie odbierał albo numer był zajęty. Stary numer, znany również z polskich urzędów. Saraswati zaproponowała, że spróbuje załatwić sprawę w oddziale. Jej propozycję przyjęłam z wdzięcznością. Jej wizyta nie doprowadziła niestety do wpisania mojego numeru telefonu do systemu, choć dysponujemy moim zdaniem wystarczającym pakietem dokumentów: umowa najmu, rejestracja w FRRO, paszporty z wizą, oryginał książeczki gazowej. Według urzędnika zabrakło rachunku za zakup ostatniej butli z gazem, który o ile w ogóle kiedykolwiek istniał, to na pewno go nigdy nie dostaliśmy. W tym momencie stwierdziłam, że mam już dość tej przepychanki i poprosiłam o pomoc najpierw Briana, a ostatecznie, na skutek braku jego reakcji, zarządcę mieszkania.

Sprawa się ciągnęła i ciągnęła, ale stwierdziliśmy, że możemy poczekać. Na dwa dni przed naszymi wakacjami dostałam potwierdzenie, że mój numer został zarejestrowany. Ucieszyłam się, że kolejną sprawę można uznać za załatwioną. Mąż nieco stłumił mój entuzjazm stwierdzeniem, że on uwierzy jak butlę zobaczy. Po powrocie z Jaipuru zadzwoniłyśmy rano z Saraswati pod numer do zamawiania butli gazowych, wybrałyśmy odpowiednią cyfrę i dostałyśmy w odpowiedzi komunikat, że mój numer telefonu nie jest zarejestrowany. No kto by przypuszczał?!

Jako, że sytuacja zbiegła się w czasie z wyścigiem F1 i ponaglającym mailem Męża, zarządca był dla nas bardzo miły i obiecał się zająć sprawą. Zamówił również dla nas butlę. Niemniej jednak, biurokracji w Indiach nikt nie pokona! Butla jechała do nas ponad dwa tygodnie. Podobno ze względu na wyczerpanie zapasów w magazynie. Tyle samo czasu potrzebowało przedsiębiorstwo gazowe na wprowadzenie mojego numeru do bazy. A tak właściwie to ciągle nie wiem, czy wprowadziło. Tak zakładam. Przekonam się, gdy będę po raz kolejny chciała zamówić butlę z gazem...

Przyśpieszenia nabrała również sprawa konserwacji filtra do wody. Sprawę zgłaszałam już w grudniu, kiedy wprowadziliśmy się do mieszkania. Filtr działał, ale zgodnie z tym, co powiedziała nam dziewczyna, która zajmowała mieszkania przed nami, nie był sprawdzany od trzech lat. A sprawa czystości wody w Indiach jest dość istotna. Tak czy inaczej, wody filtrowanej nie używaliśmy do picia, ale wykorzystywaliśmy ją do mycia owoców i warzyw. Może dużo wymagam, ale chciałabym wiedzieć, że moja woda filtrowana, którą uważam za bezpieczną, wolna jest od ameb i innych pasożytów. Wreszcie przyjechało dwóch panów, w towarzystwie Briana, i stwierdzili, że filtr trzeba zabrać i naprawić. Nie udało mi się niestety ustalić z Brianem jak bardzo filtr był zepsuty, a co za tym idzie jak duże było zagrożenie, związane z używaniem pochodzącej z niego wody. Ogólnie w Indiach, trzeba przyjąć, że wiele postawionych pytań pozostanie bez odpowiedzi. Filtr przynieśli po dwóch dniach, moim zdaniem działa tak samo jak przed naprawą. Używam go już tylko do mycia warzyw, które potem i tak zostaną poddane obróbce cieplnej. Owoce płuczę w wodzie butelkowanej...

Na fali zostały również wymienione lampy na balkonie i naprawione drzwi do szafek w kuchni. Została kwestia wrednego wiatraka z naszej łazienki, który po minucie pracy zaczynał bardzo głośno warczeć. A dlaczego wrednego? Za każdym razem kiedy Brian przychodził zobaczyć, na czym polega problem z wiatrakiem, spryciarz działał prawidłowo i nie można się było do niczego przyczepić. Po kilku razach, kiedy zaczynałam wspominać o buczącym wiatraku, na twarzy Briana pojawiał się kpiący uśmieszek, sugerujący co wewnętrznie myśli o takich upierdliwych babach jak ja. Wreszcie Mąż zamienił go miejscem z wiatrakiem z drugiej łazienki i w tamtejszym środowisku zaczął się on już odnajdywać zdecydowanie lepiej. Teraz warczy już raz na dwa tygodnie, a nie jak wcześniej, codziennie... Po prostu magia Indii!

Jeżeli chodzi natomiast o Tata Sky, to na naprawę czekaliśmy trzy tygodnie! Sprawę komplikował dodatkowo fakt, że nie mogliśmy się kontaktować z nimi bezpośrednio, ale przez zarządcę, gdyż podobnie jak w przypadku butli gazowej, jest to możliwe tylko z zarejestrowanego numeru telefonu. Technik pojawił się pewnego dnia niespodziewanie. Wszedł na dach, pomachał anteną i zaczęło działać. Do wyjścia zbierał się niemrawo, jego angielski był niestety średnio komunikatywny. Już przy drzwiach zaczął wspominać coś o opłacie. Jakiej opłacie – chyba żartuje pomyślałam? Potem jego angielski stał się nagle zdecydowanie bardziej komunikatywny i dodał, że jeżeli jestem zadowolona z jego usług to chyba należy mu się jakaś opłata. I tak doszliśmy do tego, że kolesiowi chodzi o napiwek, bo żadnego rachunku za wykonaną usługę mi oczywiście nie przedstawił. W pierwszym odruchu sięgnęłam po portfel... Ale w drodze od torebki do drzwi naszła mnie myśl - czy ja jestem właściwie zadowolona z Tata Sky?! Nie, jestem bardzo niezadowolona! Od trzech tygodni nie możemy oglądać telewizji, od trzech tygodni nikt nie wysłał do nas nikogo, aby naprawić problem, nikt oczywiście nie zaproponuje nam zmniejszenia rachunku za okres, kiedy nie mieliśmy telewizji. Rachunku, który płacimy mniej więcej co cztery tygodnie! I nagle odkryłam moje pokłady asertywności i powiedziałam panu, co sądzę o Tata Sky, której on jest przecież pracownikiem! Pan próbował jeszcze dyskutować i naciskał na napiwek – zaczął nawet twierdzić, że nikt mnie nie zmusza do korzystania z usług Tata Sky, a on przecież wykonał swoją pracę dobrze. Nie chciało mi się już panu tłumaczyć, że gdybym nie miała podpisanej umowy z Tata Sky, to jego by tu nie było. Sama się sobie dziwię, ale po prostu wyprosiłam pana za drzwi...

I tak na koniec pragnę tylko dodać, że ja absolutnie nie narzekam! Ciągle jestem pod wrażeniem Indii, uwielbiam nasze mieszkanie i świetnie się tu czuję. Poza tym, nasze problemy są naprawdę nieistotne w stosunku do tych, jakich doświadczają tu inni ludzie. Czym jest bowiem pierdzący wiatrak w stosunku do regularnie wybijającej kanalizacji w łazience! 

poniedziałek, 27 kwietnia 2015

Golden Triangle - Delhi cz.3

Drugi dzień w Delhi zakończyliśmy oglądając Grobowiec Humajuna. Został on w latach 90-tych wpisany na listę światowego dziedzictwa Unesco i swoim wyglądem bardzo przypomina Taj Mahal (o tym więcej, w części poświęconej Agrze). Jest to grób ostatniego władcy z dynastii Wielkich Mogołów, którego budowę, z wielkim zaangażowaniem nadzorowała w 16. wieku wdowa po Humajunie, pierwsza żona, Hamida Banu Begum. Konstrukcja z czerwonego piaskowca, idealnie symetryczna, zdobiona marmurem robi duże wrażenie. Zwłaszcze, gdy nie widziało się wcześniej Taj Mahal... Potem, kiedy ma się już punkt odniesienia, wrażenie jest zdecydowanie mniejsze. Wnętrze składa się z małych pokoi, pełnych grobów innych przedstawicieli dynastii, i wąskich przejść. Jak dla mnie był to mały labirynt, w którym nie do końca potrafiłam się odnaleźć. Ale też nie twierdzę, że moje zdolności orientacji w terenie są nadzwyczaj rozwinięte... Grobowiec Humajuna otaczają Ogrody Char Bagh (Char Bagh Gardens) – ze strumieniami i ścieżkami zachowującymi symetrię. Uosabiają one koncepcję raju w Islamie.

Wejście do Grobowca Humajuna - droga ciągnie się, ale wcale nie dłuży.
Przechodząc przez kolejne bramy można uświadomić sobie, jak wielki musiał być cały kompleks.
Ostatnia brama przed grobowcem...
Grobowiec Humajuna - dwa główne kanały wodne wydają się krzyżować pod grobowcem
dzieląc ogród na cztery idealnie symetryczne części. 


Grób Humajuna - tak naprawdę prawdziwe miejsce pochówku
władcy znajduje się w kryptach, pod posadzką budowli.
Czasami jest ono udostępniane dla turystów - my nie mieliśmy
okazji zejść do podziemi. Humajun został podobno złożony,
zgodnie z obrządkiem swojej religii, na linii północ-południe,
z twarzą zwróconą w kierunku Mekki.

Zachód słońca w Grobowcu Humajuna
Ogrody Char Bagh - widok w kierunku zachodniej bramy




Wnętrze grobowca - pozostałe sale 

Na ostatni dzień w Delhi zostawiliśmy sobie Kutb Minar. Cały kompleks archeologiczny leży poza centrum miasta. Zresztą Delhi jest nam tyle duże, że poruszanie się pieszo nie wchodzi w ogóle w grę. W tym miejscu nadszedł więc czas na małe szkolenie w temacie delhijskich rikszarzy. W Delhi widzieliśmy po raz pierwszy w Indiach riksze rowerowe, napędzane nogami pedałującego. Poruszają się one głównie w rejonie starego miasta, a na samej starówce jest od nich aż tłoczno. Są one poza tym niewątpliwą atrakcją turystyczną. Byliśmy świadkami sytuacji, kiedy z autobusu turyści na zorganizowanej wycieczce, wysiadali dwójkami i od razu pakowano ich do takich riksz. Sądząc po minach, nie wszystkim się to podobało. Jestem w stanie to zrozumieć. Ruch uliczny w okolicach starego miasta jest dość chaotyczny i szalony, a siedzenia riksz osadzone wysoko, na chybotliwej konstrukcji. My skorzystaliśmy z tej usługi dopiero w Agrze, chociaż w Delhi byliśmy bardzo intensywnie nagabywani. Jeden z rikszarzy przejechał nawet za nami prawie całą starówkę, pytając co 10 metrów, czy przypadkiem nie zmieniliśmy zdania. Zajęło nam dobre 15 minut, aby gość uwierzył, że nie żartujemy, nie wsiądziemy do jego rikszy i nie damy mu zarobić. Trzeba również powiedzieć, że rikszarze w Delhi byli dużo bardziej dowcipni jeżeli chodzi o oferty marketingowe. Jeden nazywał swoją rikszę odrzutowcem, drugi chciał specjalnie dla nas włączyć klimatyzację, a trzeci proponował, że nam zapłaci jeżeli damy mu się zawieźć. Najpierw 10 rupii, a kiedy byliśmy nieugięci w negocjacjach nawet 10 rupii od osoby! Trafiliśmy też na pirata drogowego, który kiedy stwierdził, że ze względu na manifestację będzie musiał jechać inną drogą i na tym straci, to przywiózł nas dwa razy pod prąd oraz na czerwonym świetle. Wrażenia niezapomniane! A jak dojeżdżał do skrzyżowania i sygnalizator pokazywał zielone, to się zatrzymywał... Dosłownie jak w pewnym dowcipie z brodą, w którym kierowca jeździł zawsze na czerwonym, a na zielonym czekał, żeby nie spotkać drugiego takiego jak on.

Riksze rowerowe w Delhi



To zdjęcie nie ma co prawda wiele wspólnego z rikszy rowerową. Moją uwagę zwrócił
kask pasażerki. Osobiście nie powiedziałabym, że na drodze większe są szanse dostania
cegłówką niż wypadku drogowego, ale każdy chroni się jak może. Bezpieczeństwo ponad wszystko!

A teraz kilka porad praktycznych. Po pierwsze, aby skorzystać z rikszy trzeba dokładnie wiedzieć gdzie się chce jechać i w jakim zakresie chce się otrzymać usługę! Koniecznie trzeba najpierw sprawę przedyskutować, ustalić z samym sobą jaki jest plan na dalszą część dnia i dopiero wtedy można przystąpić do negocjacji ceny. Po drugie, istotnie powiązane z pierwszym, w rozmowie z rikszarzem trzeba ważyć każde słowo. Jeżeli nie przywiąże się odpowiedniej uwagi do punktów pierwszego i drugiego, można być pewnym, że rikszarz przygotuje za nas plan zwiedzania na resztę dnia, a nawet resztę pobytu, niekoniecznie pytając nas o zdanie. Pozornie nieistotne i grzecznościowe pytania niosą za sobą konsekwencje. Jeżeli powiemy rikszarzowi, w którym hotelu mieszkamy i gdzie planujemy się wybrać jutro, możemy być pewni, że następnego dnia przypadkiem spotkamy go rano czekającego pod bramą. My na przykład zdradziliśmy jednemu, że idziemy do bankomatu. Cóż za niespodzianka nas czekała, kiedy wyszliśmy z banku z pieniędzmi! Innemu nieopatrznie powiedzieliśmy pod Rajghatem, że idziemy do muzeum Gandhiego, po drugiej stronie ulicy. Do zamknięcia muzeum została godzina i on dobrze o tym wiedział. Zgadnijcie z kim wracaliśmy do hotelu?! Naprawdę rikszarz, który nie próbuje przekonać, że wie lepiej gdzie jechać, a po drodze nie reklamuje okolicznych sklepów tylko po prostu jedzie, to skarb! Po trzecie, przed wejściem do rikszy należy uzgodnić z kierowcą, że zgadza się on na jazdę według licznika. Raczej się nie zgodzi, choć jest to teoretycznie nielegalne. W miejscach turystycznych obowiązuje zmowa i właściwie nie ma szans na przejazd według stawki za przejechane kilometry. Trzeba wtedy przed rozpoczęciem podróży umówić się na konkretna kwotę. Jeżeli rikszarz zaprasza do środka, nie chce powiedzieć kwoty tylko powtarza, że będzie dobrze i dogadamy się, to można być pewnym, że dobrze nie będzie! Po czwarte wreszcie, cenę należy targować. Jeżeli uda nam się uzyskać kwotę będącą mniej więcej połową zaproponowanej przez rikszarza na początku negocjacji, to możemy być z siebie dumni i oznacza to, że zapłacimy tylko dwukrotnie albo trzykrotnie więcej niż miejscowi. I tu muszę wspomnieć, że wycofuje słowa, które padły kiedyś, w jednym z początkowych wpisów! Po pięciu miesiącach w Indiach umiem się targować! I nawet nie wiedziałam, że to taka fajna zabawa!

Wracając jednak do samej budowli to podobnie jak grobowiec Humajuna, Kutb Minar znajduje się również na liście światowego dziedzictwa Unesco. Jest to ponad siedemdziesięciometrowy minaret z czerwonego piaskowca, który został wzniesiony w 12 wieku, jako część najstarszego meczetu w Indiach. Meczet zwał się Kuwwat-al-Islam, co oznacza mniej więcej tyle, co moc Islamu (Might of Islam) i został zbudowany w materiałów pochodzących ze zniszczonych hinduskich świątyń. Kutb Minar wchodzi w skład większego kompleksu archeologicznego, Mehreauli Archaeological Park, gdzie znajdują się lepiej bądź gorzej zachowane grobowce, najwcześniejsze z 13 wieku. Aby wejście do Kutb Minar należy kupić bilet, a teren dookoła niego jest ogrodzony. Na pozostałym obszarze nie ma jednak żadnych ograniczeń – w praktyce są tam piaszczyste drogi prowadzące w głąb buszu. Początkowo planowaliśmy spacer i obejrzenie całego kompleksu Mehreauli, ale na miejscu zrezygnowaliśmy. Miejsce nie wydawało nam się do końca bezpieczne, na pewno nie wystarczająco na spacery dwójki turystów. Nie zdziwiłabym się zbytnio, gdyby okazało się, że w ruinach grobowców mieszkają sobie ludzie...

Kutb Minar
Oprócz funkcji religijnych, Kutb Minar pełnił również funkcje wieży strażniczej.
Z czasem zyskał ponurą sławę miejsca, które upodobali sobie samobójcy.
Podejrzewam, że dość skutecznego... Obecnie wnętrze minaretu nie jest udostępnione dla turystów.
Ściany minaretu zdobione są wymyślnymi żłobieniami i cytatami z Koranu.
Alai Darwaza - 14. - wieczna brama do kompleksu Kutb Minar
Ruiny wejścia do meczetu Kuwwat-al-Islam
Zdobienia sufitu w meczecie
Zdobienia kolumn w ruinach meczetu



Ruiny meczetu. Żelazny słup pochodzi z 4. wieku, oryginalnie drzewiec powstał dla uczczenia
Wisznu.  Świadectwo starożytnego, indyjskiego przemysłu metalurgicznego.

 Grób Shams-ud-din Iltutmish, założyciela sułtanatu w Delhi.

Alai Minar - niedokończone minaret, który w założeniu miał być dwa razy większy
niż Kutb Minar.


W związku z tym, że zrezygnowaliśmy ze spaceru po Mehrauli Park, zyskaliśmy trochę czasu. Nieplanowe godziny przeznaczyliśmy na Purana Quila, stary fort z 16. wieku. Rozciąga się on na długości 1,5 kilometra nad brzegiem Jamuny i niektórzy podejrzewają, że to właśnie tu Delhi może mieć swoje początki. Świadczą o tym archeologiczne artefakty, niektóre pochodzące aż z 1000 roku p.n.e. Purana Quila jak na mój gust, bardziej niż park archeologiczny, przypomina plac budowy. Ale niewątpliwie ciekawy plac budowy...

Wejście do Purana Quila - Bara Darwaza, czyli Wielka Brama,
zwrócona w kierunku zachodnim.
Widok na Bara Darwaza ze środka fortu
Brama południowa - zwana Bramą Humajuna. Swoją nazwę zawdzięcza prawdopodobnie
temu, że można z niej było zobaczyć Grobowiec Humajuna. Niektórzy
twierdzą również, że mogła zostać przez niego zbudowana.
Widok spod bramy Humajuna na trzecie wejście do fortu
- Talaqi Gate, co można tłumaczyć jako "zakazana brama".
Skąd taka nazwa? Nie mam pojęcia!
Talaqi Gate - brama północna
Mury fortu od strony północnej - wysokie na kilkanaście metrów, na pewno wiele pamiętają...
Teraz pewnie wszystkim się wydaje, że z Purana Quila zostały tylko trzy bramy,
w środku to już same ruiny. A to błąd! W środku zwraca uwagę bardzo dobrze zachowany
meczet - Qila-i-Kuhna Mosque.
Wnętrze meczetu






Oprócz meczetu wnętrze fortu kryje Sher Mandal - ulubioną
bibliotekę Humajuna. Pewnego dnia, władca schodząc
po schodach potknął się i spadł. Kilka dni później zmarł.

Wychodząc z fortu spotkaliśmy psa wartownika. Spał na służbie...


Resztę nadplanowego czasu przejedliśmy. I to dosłownie! Poszliśmy do knajpy i zamówiliśmy wielki talerz różnego rodzaju mięch. Kurczak w kawałku, kurczak w kawałkach, kurczak na szaszłyku... Rzeczywistość wymuszonego jedzenia wegetariańskiego sprawia, że na każde mięso się dosłownie rzucamy. I tak też było w tym przypadku. Miało to swoje konsekwencje w Agrze, ale o tym już następnym razem!