niedziela, 29 listopada 2015

Vodafone i inne plagi indyjskie

W połowie listopada odwiedzili nas w Indiach pierwsi goście, rodzice Męża. Wizyta dużo wcześniej zaplanowana, zorganizowana i bardzo upragniona.

Decyzja o przyjeździe została podjęta i bilety kupione na początku roku. Od tego czasu wiele się działo i na zmianę odzyskiwaliśmy i traciliśmy wiarę, że wizyta dojdzie do skutku. W końcu, we wrześniu sprawy się ustabilizowały. Wreszcie padło ostateczne potwierdzenie – PRZYJEŻDŻAMY. Od tego momentu z niecierpliwością odliczaliśmy dni do ich przyjazdu.

Na początku października zaczęliśmy załatwiać formalności związane z odnowieniem wizy. Termin ważności starej upływał 5 listopada, tuż przed planowanym przyjazdem gości (7 listopada). Znając z doświadczenia i realnie oceniając standardy funkcjonowania indyjskich urzędów, nie chcieliśmy dopuścić do sytuacji, że zostaniemy w Indiach bez wizy. Zwłaszcza, że planowaliśmy polecieć z rodzicami Męża do Delhi i Agry - tak więc wiedzieliśmy, że nasze dokumenty na pewno zostaną poddane kontroli na lotnisku. Obawialiśmy się przede wszystkim, że procedura odnowienia wizy, będzie wymagała od nas pozostawienia paszportów urzędnikowi w FRRO. Po pierwsze, mało zabawne jest pozostawanie w obcym kraju bez dokumentów. Po drugie, bez paszportu nie można podróżować po Indiach, tak więc nasze plany związane z Delhi i Agrą, zostałyby poważnie zagrożone. Po trzecie wreszcie, bez aktualnej wizy, żaden hotel w Indiach mnie nie zamelduje. Ale od czego są pośrednicy?! Doświadczeni i profesjonalni! Po to przecież, aby pomóc zagubionym obcokrajowcom, takim jak my właśnie, przejść przez gąszcz procedur i biurokracji w Indiach!

Tylko z tym profesjonalizmem w Indiach to różnie bywa. Jego przejawów spotkałam raczej mniej, niż więcej! A ostatnio coraz częściej miewam wrażenie, że tego słowa to tu w szkołach w ogóle nie uczą!

Jak już wspomniałam, Mąż na początku października sprawą się zajął i dostarczył pośrednikowi wszelkie dokumenty, o które został poproszony. I tak minął tydzień pierwszy. W spokoju i ciszy, ale my też jeszcze nie odczuwaliśmy żadnej presji. Przecież mieliśmy jeszcze dużo czasu!

W kolejnym tygodniu Mąż został poproszony o wysłanie dokumentów potrzebnych do przedłużenia wizy. Tych samych, które przekazał tydzień wcześniej. Ale nie wymagajmy od pośrednika, aby czytał maile... Dużo czasu, presji nie ma! Za mój osobisty sukces uważam natomiast to, że udało mi się skontaktować z Brianem. Wypracowałam już nawet autorski system komunikacji i współpracy z nim! Najpierw dzwonię do niego w momencie, gdy jest już trzy godziny spóźniony na umówione spotkanie i kiedy ten odwołuje wizytę, nie sprzeciwiam się i ustalam następny termin. Następnie, w dniu kiedy zadeklarował się, że przyjdzie po raz kolejny, dzwonię do niego jeszcze raz, gdy jest już spóźniony o dwie godziny i mówię mu, że ma się pojawić w ciągu piętnastu minut. Taka taktyka działa! Do tego stopnia, że temat wszelkich napraw zamyka się w ciągu dwóch tygodni (przypominam, że na początku pobytu w Indiach oscylował w okolicy trzech miesięcy)!

W atmosferze oczekiwania rozpoczął się trzeci tydzień października. Do przyjazdu rodziców Męża zostały trzy tygodnie. Z pomocą wykonawczą Saraswati wdrożyłam rozłożony odpowiednio w czasie, zaawansowany plan sprzątania mieszkania. Co jak co, ale okna przed wizytą teściowej umyć trzeba! Brian okazał się profesjonalistą i stanął na wysokości zadania. Przysłał mi stolarza do naprawienia szafek w kuchni oraz elektryka do wymiany przepalonych lamp. Stolarz ku mojej radości skończył prace w piątek. Kiedy wychodził – sprawdziłam (!) – naprawione tłoki hydrauliczne podtrzymujące drzwi od szafek działały! Kiedy Mąż wrócił wieczorem z pracy - już nie... Ale Indie przyzwyczaiły mnie do niespodzianek – tragedii nie było. Przecież mieliśmy jeszcze dużo czasu a grafik prac remontowych był jak najbardziej zgodny z moim wewnętrznym harmonogramem. Elektryk natomiast, spowodował takie zwarcie, że kable się zapaliły, a od wybuchu został czarny ślad na obudowie klimatyzatora. Tego samego dnia rano Saraswati czyszcząc kuchenkę rozkręciła nonszalanco wszystkie kurki z gazem i podejrzany zapach w kuchni, nie wzbudził u niej głębszej refleksji. Pozostaje mi jedynie cieszyć się, że oba wydarzenia nie miały miejsca w tym samym czasie... Pośrednik, poza kolejnymi prośbami o wysłanie dokumentów, które wcześniej już otrzymał, nie wykazywał większej aktywności. W kwestii przedłużenia wizy zaczęliśmy się już lekko stresować...

W czwartym, ostatnim tygodniu października, temat odnowienia wizy robił się już mocno naglący. W dyskusjach z Mężem, zirytowani całą sytuacją, pocieszaliśmy się, że w Indiach to przecież normalne. Sprawa może wyglądać beznadziejnie, ale w ostatecznym rozrachunku jakoś wszystko się udaje załatwić. Mąż naciskał pośrednika, informował go telefonicznie o każdym wysłanym mailu, aż pośrednik miał nas ewidentnie dość i załatwił nam wizytę w FRRO. W urzędzie byliśmy w sobotę (31 października) a sama wizyta była przyjemna, krótka i skuteczna. Oświadczam niniejszym, że pozwolono nam zostać w Indiach na kolejny rok! Tymczasem o braku wizy przypomniał sobie Vodafone (operator naszych telefonów komórkowych) informując nas, że jeżeli nie dostarczymy im potwierdzenia przedłużenia wizy, to nasze telefony zostaną odłączone. No ale przecież nie mieliśmy się czym martwić – nasze wizy zostały właśnie odnowione! No i szafki po kolejnej wizycie stolarza działają do dziś...

I tak nastał pierwszy tydzień listopada – siedem dni do przyjazdu rodziców Męża. W poniedziałek Mąż skontaktował się od razu z Panią Menadżer Vodafona specjalnie dedykowaną do obsługi jego firmy. Okazało się, że aby przedłużyć umowę musi się stawić osobiście w salonie sieci i dostarczyć dokumenty potwierdzające przedłużenie wizy. Zachwycony tym faktem nie był, zwłaszcza, że wcześniej, do zawarcia umowy nie było to konieczne, a Pani Menadżer dopełniła wszelkich formalności u niego w biurze. Taka wizyta w placówce Vodafone, to według standardów indyjskich, strata około pięciu godzin. Udało się wynegocjować tyle, że gdy pojawi się w salonie, ktoś będzie na niego czekał i zostanie obsłużony poza kolejnością. Dokumenty przyjęto, odbiór potwierdzono pieczęcią i datą. W poniedziałek również związki zawodowe obsługi pokładowej Lufthansy, za pośrednictwem której w najbliższą sobotę mieli lecieć rodzice Męża, zaczęły wspominać coś o strajku...

Wtorek minął nam na oczekiwaniu – przedstawiciele linii lotniczych i związków zawodowych prowadzili negocjacje, a kwestia planowanego strajku w żaden sposób się nie klaryfikowała.

W środę rozmowy zostały zerwane i widmo paraliżu lotów Lufthansy nieuchronnie nad nami wisiało. W związkach zawodowych Lufthansy pozostaje około 50% personelu pokładowego. Szacowaliśmy więc, że połowa lotów zostanie anulowanych. Rodzice Męża mieli lecieć z Warszawy do Frankfurtu, a potem dalej do Mumbaju. Pesymistycznie widzieliśmy szanse, że dolecą do nas bez problemów, a najczarniejszy scenariusz zakładał, że utkną na dłużej we Frankfurcie. Na najbliższy wtorek mieliśmy już zresztą zarezerwowane dla nas wszystkich loty do Delhi, a na miejscu zorganizowene samochód z kierowcą i hotele... Sytuacja robiła się bardzo stresująca. Z braku informacji nie mogliśmy nawet opracować żadnego realnego planu awaryjnego. Dni mijały nam na stawianiu hipotez jak sytuacja się rozwinie. Wieczorem dostaliśmy od Vodafona sms’a, że w związku z wygaśnięciem naszej wizy, usługa zostanie następnego dnia odłączona...

W czwartek rano dowiedzieliśmy się, że o 17 (czasu europejskiego – u nas o 21.30) związki zawodowe Lufthansy wydadzą oświadczenie, które loty zostaną odwołane. Mąż skontaktował się z Vodafonem, aby wyjaśnić jak należy rozumieć wiadomość, którą otrzymaliśmy od nich dnia poprzedniego. Po długich i bolesnych rozmowach udało się ustalić, że profesjonaliści z Vodafona zamiast przełużenia umowy, wprowadzili do systemu nowy kontrakt. W związku z powyższym, będziemy musieli włożyć do telefonów nowe karty SIM i poczekać na ich aktywację. W normalnych warunkach trwałoby to pewnie kilka dni. My potrzebowaliśmy telefonu natychmiast! Musieliśmy przecież wieczorem skoordynować kwestię lotów rodziców Męża! Mąż przyjął postanowienie, że aby mieć nieprzerwany i pewny dostęp do telefonu, tak długo jak Vodafone nie aktywuje nam kart SIM, on nie wyjdzie z pracy. Myślę, że perspektywa nocowania w biurze dodatkowo zmotywowała Męża i musiał być bardzo przekonujący w rozmowie z Panią Menadżer. Vodafone dokonał niemożliwego i telefony zaczęły działać po trzech godzinach. Mąż wrócił na noc do domu i mogliśmy już tylko czekać. Tymczasem o 21.30 nic się nie wydarzyło! Przedstawiciele związków przesunęli termin poinformowania o odwołanych lotach na piątek rano! Poinformowali również o tym, że strajk będzie trwał tydzień i polegał na tym, że codziennie rano związki będą mówić, które loty odwołano danego dnia. Oczywiście wszystko to dla wygody pasażerów! Kiedy wspominam dziś ten moment, to jaka dopadła nas złość i poczucie bezsilności, do głowy przychodzą mi tylko niecenzuralne słowa... Tego dnia wiele niecenzuralnych słów padło z naszych ust...

Wiedzieliśmy, że w piątek będzie już za późno. Zresztą nie mieliśmy już po prostu siły na kolejne rozważania opcji awaryjnych. Potrzebowaliśmy działania! Mąż zadzwonił na infolinię Lufthansy. Okazało się jednak, że dopóki oficjalnie nie zostanie podane, które loty są odwołane, nie ma możliwość zwrotu biletów z pełną refundacją. I wtedy zdarzył się cud! Najpierw związki zawodowe wydały oświadczenie, że wszystkie loty, które miały wystartować planowo do południa w piątek, zostaną zrealizowane. Chwilę potem pojawiła się możliwość zmiany lotu z soboty, na piątek – na 11.30 przez Monachium. Stwierdziliśmy, że to jest nasza jedyna szansa, aby rodzice Męża dolecieli.

Następne godziny były tak szalone, że niewiele z nich pamiętam. Rodzice Męża mieli 24 godziny mniej na spakowanie i załatwienie swoich spraw w Polsce, a my na zorganizowanie spraw przed ich przylotem! Powitaliśmy ich szczęśliwie w nocy z piątku na sobotę! I tylko bardzo mnie zdziwiło, że byli w zimowych butach i przywieźli ze sobą kurtki, czapki i szaliki... 

Wizyta minęła szybko! Rodzice wrócili do domu i Vodafone sobie o nas przypomniał. W tym tygodniu po raz pierwszy ponownie wyłączono nam telefony we wtorek! Mąż zadzwonił, opieprzył kogo trzeba i usługa w ciągu dwóch godzin została przywrócona. Po raz drugi, w czwartek telefony przestały działać po południu. Mąż zadzwonił, opieprzył i dowiedział się, że Vodafone potrzebuje ksero naszej umowy najmu, na każdej stronie podpisanej na okoliczność zgodności z oryginałem. W piątek rano Krishna zawiózł dokument do salonu Vodafona. Wrócił po pięciu godzinach z potwierdzeniem złożenia. Trzy godziny później, po raz trzeci w tym tygodniu, telefony znowu przestały rejestrować sieć... Tylko tym razem byłam poza domem, a poruszanie się po Mumbaju bez internetu (mapy) i sprawnego telefony (zwłaszcza, gdy dowiaduję się o tym, że telefon nie działa w momencie, gdy jest on mi potrzebny) nie wydaje się dość roztropne. W każdym razie brak telefonu dostarczył mi tego dnia wiele emocji... Mąż zadzwonił i opieprzył – telefon zaczął działać.

Dziś, gdy piszę ten wpis, mój telefon również nie działa. Wczoraj Vodafone zablokował mi sieć po raz kolejny. A że mamy weekend, wiem również, że nie zacznie działać przed poniedziałkiem... Pani Manadżer nie odbiera telefonów. Może dlatego, że nie pracuje w weekendy... Może boi się już rozmawiać z Mężem... A ja zaczęłam poważnie rozważać zakup karty prepaid... 

Moja koleżanka, która śmiała się do łez za każdym razem, gdy informowałam ją o postępach z Vodafonem, wczoraj sama dostała informację, że w związku ze zbliżającym się terminem wygaśnięcia wizy, jej karta zostanie zablokowana...

Ona przynajmniej nie ma złudzeń i wie czego się spodziewać...

P.S. Właśnie przestało działać światło w łazience. A to chyba oznacza konieczność wezwania elektryka...

czwartek, 1 października 2015

Krótka historia o zbrodniach rytualnych, czyli Ganesha Chaturhi oraz Bakri Eid

W Mumbaju monsun już się skończył (najbardziej suchy monsun od 2009 roku). Tak mówią prognozy pogody oraz wszelkie znaki na ziemi i niebie. Potwierdził to również smród, który pewnego dnia wiatr przyniósł od morza. Tak pachną tylko suszone skorupki po krewetkach... Kto nie poczuł, nie uwierzy! A żeby coś suszyć, musi być przecież suche powietrze i mocne słońce. 

W miejsce monsunu rozpoczęły się się natomiast przeróżne festiwale. Podobno od teraz, aż do samego Diwali (11-12 listopada), na ulicach będzie się ciągle coś działo. Mam tu na myśli tańczące na tłumy, muzykę i bębny oraz inne, szeroko rozumiane formy świętowania. Nie chcę marudzić, więc nadmienię tylko, że ludzie pląsający na ulicach nie przyczyniają się do poprawy płynności ruchu samochodowego w godzinach szczytu. Bębny natomiast, podobnie jak swego czasu świszczący wiatr, sprawiają, że rodzi się we mnie lekka agresja. Mąż twierdzi, że to hormony... Ja doszukuję się innej przyczyny... Ostatnio było tak głośno, że muzyka z zewnątrz, przy zamkniętych oknach, zagłuszała radio. Ale w końcu to Indie! Tu nigdy nie jest cicho, nawet ciemność za oknem wiecznie trąbi, bzyczy, brzęczy i szeleści. Ostatnio żartowaliśmy z Mężem, że niedługo, wyjeżdżając z Mumbaju, jak pewien mieszkaniec Nowego Jorku w amerykańskim filmie, będziemy musieli zabierać ze sobą nagrane odgłosy miasta, aby usnąć.

W Indiach obchodzono ostatnio dwa duże święta, jedno muzułmańskie, a drugie hinduskie. Pierwsze z nich to Bakri Eid, które wypadało w tym roku we wtorek, 22 września. Pierwszy raz czytałam o tym święcie dawno temu i byłam go nawet ciekawa. W tym roku, rozważałam nawet czy nie wybrać się na robienie zdjęć. Zastanawialiśmy się równieź z Mężem, czy nie należy lepiej zaplanować zakupów, gdyż podejrzewaliśmy, że tego dnia nasz rynek może być zamknięty. Potem o Bakri Eid po prostu zapomniałam. Przypomniałam sobie, kiedy we wtorek rano wyszłam po zakupy i zobaczyłam mężczyznę, który był dosłownie skąpany we krwi. Obryzgana głowa, nasiąknięta krwią biała koszula – widok był tak przerażający, że prawie krzyknęłam. W pierwszej chwili pomyślałam, że musiał się w pobliżu wydarzyć jakiś straszny wypadek i zaczęłam szukać wzrokiem innych ofiar. Potem przypomniałam sobie, że to TEN dzień! I już nie miałam ochoty ani na robienie zdjęć, ani nawet na obserwowanie samego rytuału...

Bakri Eid jest obchodzone, aby upamiętnić wiarę proroka Ibrahima, któremu Allah objawił się we śnie i zażądał od niego, aby ten złożył mu w ofierze to, co najbardziej kocha. I tak padło na ukochanego syna Ibrahima. Mężczyzna zabrał chłopca na górę Mina, by tam dokonać ofiary. Zamknął oczy i opuścił miecz na głowę syna. Kiedy otworzył ponownie oczy, okazało się, że syn stoi cały i zdrowy obok, a ofiara została dokonana z barana. Czy tylko mi ta historia wydaje się znajoma?! Jest to święto ofiarowania. Jak sama nazwa wskazuje, muzułmanie składają tego dnia dary Allahowi, aby podziękować za pomyślność i sprzyjający los. Nie są to niestety ofiary z kwiatów i owoców. Jako część obchodów, rytualnie zabija się, podobno na podwórzach i rogach ulic, różnorakie zwierzęta czteronożne. Są to najczęściej kozy, owce, barany, krowy i wielbłądy. Mięso dzielone jest na trzy równe części. Jedna pozostaje w rodzinie, druga trafia do krewnych, a trzecia, jako że muzułmanie wierzą, że tego dnia każdy współwierca powinien móc cieszyć się mięsnym posiłkiem, oddawana jest biednym i potrzebującym. 

Ostatnio na temat Bakri Eid toczyła się w prasie dyskusja. Pamiętacie na pewno, że w Maharastrze za posiadanie wołowiny można trafić do więzienia. No właśnie! Jest to pierwsze Bakri Eid od czasu, gdu wprowadzono ograniczenia w uboju krów i posiadaniu wołowego mięsa. Muzułmanie w Mumbaju negocjowali z władzami, aby na trzy dni, kiedy obchodzony ma być festiwal, znieść obowiązujący zakaz. Argumentowali to faktem, że kozy są droższe od krów i najbiednieszych nie będzie stać na wypełnienie obowiązku religijnego. Poza tym, zgodnie z tradycją mięso dużego zwierzęcia, takiego jak krowa, wystarcza w rytuale dla siedmiu osób, natomiast koza albo owca tylko dla jednej. Władze pozostały jednak nieugiete!

Tymczasem Wesołego Bakra Eid!
Źródło: http://www.happydiwali2015imagesdownload.in/2015/09/bakra-eid-mubarak-fb-status-whatsapp.html

Kolejne święto, którego odbywanie się na ulicach Mumbaju mogliśmy ostatnio obserwować to Ganesha Chaturhi. Jest to hinduski festiwal ki czci Ganeshy, boga o ciele człowieka i głowie słonia. 

Ganeshę przedstawia się jako czterorękiego mężczyznę, o złotej, niebieskiej lub czerwonej skórze oraz głowie słonia. Charakteryzują go cechy słonia: mądrość i siła. Uznawany jest za boga obfitości i dobrobytu, a symbolizuje to jego wielki brzuch. Genesha lubi jeść i zazwyczaj trzyma tacę ze słodyczami. Jako wierzchowca dosiada szczura. Bóg usuwa przeszkody i zapewnia powodzenie w przedsięwzięciach, jest patronem alfabetu, uosabia witalność i żywotność i ogólnie wydaje się bardzo sympatyczny. Tylko dlaczego ma głowę słonia? Hindusi porafią wszystko wyjaśnić - oczywiście każdy zapytany opowie co innego i przedstawi swoją wersję. Według legendy, którą ja słyszałam, Parvati, żona Shivy ulepiła Ganeshę z gliny pod nieobecność męża. Ganesha był jej ukochanym i wyczekanym synem. Pewnego dnia poprosiła chłopaka, aby pilnował, by nikt nie podejrzał jej w czasie kąpieli. Wtedy do domu wrócił Shiva i rozgniewany faktem, że w sypialni jego żony jest jakiś młodzieniec, który jeszcze ma czelność zabraniać mu wstępu do pomieszczenia, postanowił odciąć mu głowę. Tak też uczynił. Kiedy zrozpaczona Parvati wyjaśniła mu, co się właśnie stało, postanowił się zrehabilitować i obiecał zamontować Geneshy głowę pierwszego zwierzęcia, jakie spotkają. Padło na słonia.

Ganesha Chaturhi jest obchodzony jako dzień narodzin Ganeshy. Festiwal jest celebrowany w całych Indiach, ale podobno właśnie w Mumbaju odbywa się to w sposób szczególnie widowiskowy i masowy. Podobnie jak w przypadku Bekri Eid obliczany jest on według kalendarza księżycowego i jest świętem ruchomym. W tym roku rozpoczął się 17 września. Trwa on niezmiennie co roku dziesięć dni, a jedenastego dnia, kolorowe procesje wyznawców, transportują posążek Ganeshy, aby go utopić. Topienie może się również odbyć 1, 3, 5, 7 albo 9 dnia. Nie pytajcie dlaczego! Kiedy zapytałam Krishnę wyjaśnił mi, że kiedy w domu przebywa posążek Ganeshy, musi być spełnionych wiele wymogów, aby okazać mu należyty szacunek. Na przykład, w domu nie wolno wykonywać ciężkich prac, nie wolno jeść mięsa oraz trzeba statuetkę ozdabiać i odprawiać przy niej szczególne rytuały. Myślę więc, że długie goszczenie Ganeshy jest po prostu kłopotliwe dla domowników. 

Przygotowania do festiwalu rozpoczynają się już kilka miesięcy wcześniej. Utalentowani rzemieślnicy tworzą posążki, a potem je malują i ozdabiają. Figurki osiągają rozmiary od malutkich, do mierzących ponad 6 metrów. Te największe nie trafiają jednak to domów, ale do specjalnych czasowych świątyń, gdzie odwiedzane są przez tłumy. W tym miejscu wprowadzę do słownika moich czytelników dwa nowe słowa: Pandal oraz Murti. Pandal jest to rodzaj tymczasowej konstrukcji związanej z uroczystościami religijnym. Zazwyczaj jest to wymyślna i bogato zdobiona platforma albo namiot. Murti natomiast, to przedmiot, obraz czy rzeźba przedstawiające wizerunek boskiego ducha. Murti nie jest siedzibą bóstwa – ma służyć jedynie jako narzędzie ułatwiające nawiązanie z nim kontaktu podczas medytacji i modlitwy. Z tego właśnie powodu, Murti są na koniec rytualnie niszczone. Zdarzyło się tak, że razem z koleżanką, która szukała Ganeshy dla siebie, wybrałyśmy się do rzemieślników i miałyśmy okazję podziwiać dzieła ich rąk...

W sklepie z Ganeshami. Czy tylko mi nasuwa się skojarzenie z polską produkcją
krasnali ogrodowych?
Półki sklepowe nie zawsze wystarczają. Pewien rzemieślnik
mi opowiedział, że produkcję rozpoczynają już w lutym.
Klienci przychodzą do sklepu i wybierają sobie posążek.
Czasami przychodzą też z własnym projektem zdobień.
Zafoliowane bóstwa czekają na półkach magazynów
aż do dnia Ganesha Chaturhi, kiedy to mogą zostać
z honorami odebrane i przetransportowane
do domów i ulicznych światyń.
Artysta w czasie prac nad idolem.
Ganesha w formie odlewu gipsowego, jeszcze bez ozdób.
Teraz zapraszam na przegląd (uwaga, nowe słowo) murti...


Ten Ganesha jest pomalowany fluorescencyjną farbą...

A ten Ganesha ma piękne oczy.
Ganesha w wersji niemowlęcej





Jak widać wybór posążków jest ogromny. Każdy znajdzie
coś w swoim guście. A o gustach się podobno nie dyskutuje...
Na posążki Ganeshy można patrzeć jak na kicz, albo też jak na sztukę.
Na oglądanie murti pojechałam bardzo sceptycznie nastawiona,
a kończąc wędrówkę po zakładach rzemieślniczych
szukałam już w myślach miejsca w salonie dla mojego prywatnego Ganeshy.
Ostatecznie pomysł jeszcze raz przeanalizowałam już na spokojnie
i doszłam do wniosku, że jednak mojego Ganeshy nie będzie.
Stwierdziłam, że byłoby to okazanie braku szacunku dla hindusów
i ich tradycji, gdyby mój Ganesha stał na podłodze, w kącie
i pokrywał się kurzem... A tak pewnie by było...

Najpoważniejszy problem związany z obchodami Ganesha Chaturhi jest natury ekologicznej. Obecnie posążki wykonywane są z materiału przypominającego gips (plaster of Paris). W takiej formie wrzucane są również do zbiorników wodnych. Tradycyjnie figurki były lepione z mułu wodnego. Cykl tworzenia i niszczenia w naturze był wtedy zachowany. Jednak produkcja idoli została skomercjalizowana. Z gipsu łatwiej zrobić odlew, figurka jest również lżejsza i tańsza. Jest ona również nierozpuszczalna i szkodliwa dla środowiska, gdyż farby używane do malowania idoli zawierają metale ciężkie. Poza tym, przecież nikt nie sprząta po sobie! Skorupy bogów, którzy utracili już swoją boskość zalegają na plaży. Swoją drogą jest to niesamowite jak szybko proces degradacji bóstwa następuje. Swojemu Ganeshy się śpiewa, zapala kadzidła i okazuje szacunek. Te leżące na plaży, wyrzucone przez morze, połamane, odmoczone i wypłukane z kolorów można potrącać, szturchać i deptać... Podejmowane są liczne inicjatywy, aby choć trochę ograniczyć ilość śmieci i nie zanieczyszczać jeszcze bardziej indyjskich wód. W Goa na przykład, sprzedaż figurek z gipsu jest zakazana – można kupić tylko te wykonane z naturalnych mas. Wszędzie dookoła również nawołuje się do kupowania ekologicznych posążków albo wykorzystywania tych nieekologicznych wielokrotnie. Czy nawoływania odnoszą skutek? Sądząc po tym co widziałam na plaży – niewielki. Ale nie mam też porównania, jak wyglądała sytuacja w poprzednich latach...

Z Mężem byliśmy obecni w niedzielę, 11 dnia topienia, na plaży w Juhu.

Pandal w Bandrze - tymczasowa świątynia, gdzie wierni mogą odwiedzać Ganeshę.
Ulice, na których stały posążki, były ozdobione lampkami choinkowymi.
Wnętrze Pandalu. Bóstwo patrzy na bawiące się dzieci z przymrużeniem oka.
W Indiach to co boskie, łączy się z codziennym życiem.
Oto sposoby w jaki ludzie transportowali Ganeshę na plażę, aby go utopić w morzu.
Przepełniony samochód osobowy z otwartym bagażnikiem, z którego na świat
patrzy dumnie Ganesha. Czasami w bagażniku znajdowało się jeszcze miejsce na głośniki.
Rodzinna procesja z posągiem Ganeshy - cicha, spokojna i dostojna.
Chyba moja ulubiona forma przewożenia Ganeshy. Stosowana najczęściej w przypadku
większych posągów. Ciężarówka pełna ludzi, z głośnikami i bębnami. Wszyscy
radośni i machający w geście pozdrowienia. To co mnie trochę zdziwiło, to fakt, że
tego co wydobywało się z głośników nie nazwałabym inaczej niż TECHNO!?
W sumie to może i lepiej, że nie było to classical hindustani.
W tym miejscu muszę również wspomnieć, że w tym roku padł kolejny rekord.
Pomiary głośności wskazały, że było to najgłośniejsze, zarejestrowane topienie Ganeshy.
Rekord padł na południu Mumbaju i wyniósł 123,7 decybeli. Pomiary w naszej
okolicy dały wyniki oscylujące wokół 110 decybeli.
Teraz mi wierzycie, że można być zmęczonym hałasem?!
To jest największy Ganesha, jakiego widzieliśmy.
Myslę, że mierzył około 3 metrów.
Wejście na plażę w Juhu

Pogoda i pływy bardzo nam sprzyjały. Powiem szczerze, że plaży w Juhu
nigdy nie widziałam piękniejszej. Standardowo szeroka plaża była dodatkowo
odsłonięta przez duży odpływ i w 3/4 zalana płytką warstwą wody.
Wszystko się pięknie mieniło, ale kolory w bardzo jasnym słońcu żyły własnym życiem.
Rodzina żegnająca Ganeshę na plaży

Ganesha wyrzucony przez morze - bóg pozbawiony boskości


Helikoptery policyjne nad plażą w Juhu


Ręka boga...

Radosny pochód
Ostatnie pożegnanie - pomachajmy Ganeshy...
Topienie Ganeshy



Samochód patrolujący plażę


Ciekawa jestem czy ustawiła je tak natura, czy ktoś jej pomógł?





Piasek był tak klejący i przysysający się do podeszw, że prawie sama swoje buty
na plaży zostawiłam...







A tak się dzieje, gdy w euforii zapomni się o wyjęciu portfela
przed wejściem do wody...




Aby bawić mógł się ktoś, ktoś inny musi pilnować butów...

Niektórzy w czasie rozmowy przez telefon bazgrają szlaczki na papierze,
inni budują zamki z piasku...


Umierając w tłumie...


Takiej widoczności na Juhu Beach nie mieliśmy jeszcze nigdy. Pierwszy raz
z tego miejsca było można zobaczyć Sea Link.
Czy też Wam przypomina Freddiego Mercury?









W niedzielę my stwierdziliśmy o 6 wieczorem, że czas wracać do domu. Hindusi świętowali na ulicy całą noc. Słyszeliśmy jeszcze bębny o 5 nad ranem, kiedy zaczynał wyć meczet. Tak jak się chwilę zastanowię to wolę chyba uśmiercać posążki Ganeshy niż kozy na rogach ulic... 

I tylko księżyc nie chciał być czerwony...