czwartek, 9 kwietnia 2015

Golden Triangle - Delhi cz.1

Długo żadnego posta nie wyprodukowałam, ale i dużo się działo...

W niedzielę wróciliśmy z naszej tygodniowej wyprawy po Indiach. Przed wyjazdem przeziębiłam się i robiłam wszystko, aby się podleczyć. Na podróż mój organizm się zmobilizował, ale na koniec, już na lotnisku przed wylotem do domu, Mąż zauważył dyskretnie, że chyba nałożyłam zbyt dużo różu na policzki. Popatrzyłam w lusterko – moje policzki były gęsto usiane czerwonymi kropkami. Przez następne 24 godziny w panice obserwowałam, jak kropkami pokrywają się również dekolt i przedramiona, a twarz przybiera formę czerwonej maski. Rozważyłam wszystkie możliwości, od alergii na słonie, aż po dengę. Lekarz, który przyjechał mnie obejrzeć wcale przerażony nie był. Zalecił leki przeciwhistaminowe, paracetamol na gorączką i spożywanie dużej ilości płynów.

Teraz, już na spokojnie, obserwując wszystkie symptomy, podejrzewam różyczkę. W wieku 30 lat! W dzieciństwie udało mi się przed nią uchować. Co prawda dwa lata temu odnowiłam szczepienia, ale wszystko możliwe. I z jednej strony cieszę się, że to tylko różyczka, a nie jakieś tropikalne paskudztwo. Ale z drugiej, różyczka w Indiach – to takie prozaiczne!

Nasza wyprawa po Indiach objęła miasta leżące na krańcach tzw. Złotego Trójkąta (Golden Triangle): Delhi, Agrę i Jaipur. Było wszystko: monumentalne zabytki, ciekawi ludzie, jazda pociągiem, komary, węże, małpy, wielbłądy i słonie. Zapraszam na sprawozdanie z ostatniego tygodnia. W odcinkach. A zdjęć na pewno nie zabraknie.

Delhi, Agra i Jaipur - krańce indyjskiego Golden Triangle

Zrobiliśmy wszystko co w naszej mocy, aby nie spóźnić się w sobotę rano na samolot do Delhi. Na nic się to jednak nie zdało – w samolocie stwierdzono usterkę i nie odleciał. Liniom lotniczym udało się sprawę szybko załatwić – pokombinowali, pozamieniali i w efekcie byliśmy w Delhi z tylko półtoragodzinnym opóźnieniem. Ale to, czego byliśmy świadkami na lotnisku w Mumbaju, pozostanie w naszej pamięci na długo. Kiedy ludzie dowiedzieli się o opóźnieniu, zgromadzili się tłocznie przy bramce, otaczając szczelnie, próbujących zaradzić sytuacji pracowników lotniska. Aż się bałam że do linczu dojdzie! Nikt nie posunął się jednak dalej niż do wykrzykiwania swoich autorskich, niewątpliwie odkrywczych, pomysłów na rozwiązanie sytuacji. Natomiast tekstów, jakie padały, nie powstydziły się nawet najlepszy kabaret absurdu.

Obsługa: Proszę się nie martwić! Następny samolot wyląduje o 8:20 (jest 8:10), pół godziny potrwają procedury i o 8:50 będą mogli Państwo odlecieć.
Głos z tłumu: To kłamstwo! Według planu samolot ma lądować o 8:35!
Obsługa: Tak, ale estymujemy, że wyląduje wcześniej, o 8:20.
Głos z tłumu: Żądamy podania nam rzeczywistego czasu lądowania samolotu, a nie estymowanego!
Głos z tłumu: Chcemy zadośćuczynienia! Chcemy na pokładzie darmowych kanapek i napojów!
Obsługa: Samolot właśnie wylądował (wskazuje palcem przez przeszkloną szybą na lądujący samolot). Za pół godziny odleci do Delhi. Proszę ustawić się pod bramką numer 5 (teatrzyk odbywał się pod bramką numer 4).
Głos z tłumu: To kłamstwo! Nie wierzcie im! Skąd mamy wiedzieć, że to ten samolot!?
Głos z tłumu: Chcemy darmowych kanapek! Żądamy rozmowy z menagerem!
Obsługa: Proszę spojrzeć, samolot już podpinają pod rękaw. Proszę przejść do bramki numer 5. Ja jestem menagerem. Ze mną może pan rozmawiać.
Głos z tłumu: Menagerem?! I kanapek nie może dać?! Ludzie! Zamówmy wszyscy kanapki na pokładzie i nie płaćmy za nie!
Głos z tłumu: Nigdzie się stąd nie ruszymy dopóki nie dostaniemy oficjalnego potwierdzenia, że mamy przejść do bramki numer 5!
Głos z tłumu: Nie! Niczego nie ogłaszajcie, dopóki nie będziecie absolutnie pewni, że to ten samolot!

Ostatecznie wszyscy pieniacze dołączyli do kolejki, w której zdążyli się już ustawić ci bardziej ufni. Odprawa odbyła się z bramki numer 5, a na pokładzie nikt nie próbował wymigać się od płacenia za kanapki. A tego się właśnie najbardziej obawialiśmy. Że nasz i tak już opóźniony samolot będzie miał międzylądowanie, aby pozbyć się z pokładu tych żądających kanapkowej rekompensaty.

Delhi - widok z lotu ptaka
Wijąca się Jamuna
Lotus Temple (Świątynia Lotosu), występująca pod oficjalną nazwą Baha'i House of Worship,
to miejsce modlitwy i medytacji bahaitów, ruchu religijnego wywodzącego się z Persji. Bahaizm
podkreśla duchową jedność religii świata i dlatego też, we wnętrzu świątyni nie ma symboli
religijnych, a do modlitwy i medytacji zaproszeni są wszyscy, niezależnie od wyznawanej religii.
Świątynia jest również bardzo ciekawa architektonicznie - zbudowana z marmuru, układającego
się w 27 płatków, przypominających kwiat lotosu. 

Delhi to drugie pod względem liczby mieszkańców miasto Indii. Pierwszy jest oczywiście Mumbaj. Prawdziwa metropolia – wielki węzeł komunikacyjny, ośrodek przemysłu, miasto uniwersyteckie. Z tego też powodu, podobnie jak Mumbaj, musi zmierzyć się z typowymi problemami aglomeracji trzeciego świata – przeludnieniem, brudem i zapewnieniem bezpieczeństwa. I muszę powiedzieć, że wydaje się radzić sobie z nimi całkiem dobrze!  Na pewno lepiej niż Mumbaj! Oczywiście, należy pamiętać, że miasto ma pełnić funkcję reprezentacyjną. Jest przecież wizytówką Indii. Na pewno więc władze ponoszą wysokie koszty, aby przynajmniej zachować pozory. Delhi jest uporządkowane, czyste, oczywiście według indyjskich standardów oraz relatywnie spokojne i ciche. Mnóstwo tam parków i zieleni. Drogi są szerokie, chodniki gładkie, studzienki kanalizacyjne zasłonięte a światła drogowe nie są fikcją. I piesi korzystają z przejść dla pieszych! Delhi jest też puste. Nie ma ludzi żyjących na ulicach i żebrzących na światłach. Podejrzewam, że Delhi ma nad Mumbajem, wciśniętym w cypel na morzu, jedną podstawową przewagę – ilość miejsca na przedmieściach, gdzie można wypchnąć to wszystko, co mogłoby popsuć wizerunek miasta.

Wszystko to co napisałam nie odnosi się oczywiście do ekstremalnie zatłoczonej starówki i tamtejszych bazarów – takie Indie są poza wszelką klasyfikacją! Są to również najciekawsze Indie. Old Delhi nie różniło się tak bardzo od tego co widzieliśmy w Mumbaju. Ale potrafię zrozumieć przerażenie pewnej Brytyjki, która opisywała swoje wrażenia na Tripadvisorze. Przyleciała z Europy do Indii po raz pierwszy, zostawiła w hotelu bagaże i kazała się zawieźć na bazar Chandi Chowk. To co przeżyła, nazwała szokiem kulturowym. A dlaczego? Zrozumiecie sami, gdy w następnym odcinku wrzucę zdjęcia z tego miejsca.

Jeżeli chodzi o bezpieczeństwo natomiast, to muszę się przyznać, że pojechałam tam nastawiona bardzo sceptycznie. I nie chodzi tylko o gwałty w Delhi, o których mówi cały świat. Przygotowując się do podróży przeczytałam mnóstwo historii turystów z Delhi o kradzieżach, eve teasing, czyli można powiedzieć w skrócie, napastowaniu dotykowym, dźwiękowym bądź wzrokowym w przestrzeni publicznej, kieszonkowcach, oszustwach, natrętnych sprzedawcach... 

Sztukę radzenia sobie ze sprzedawcami i rikszarzami mamy opanowaną. Tłumu staramy się unikać i kiedy czujemy, że wokół nas zaczyna się robić tłoczno, oddalamy się. W kolejkach zawsze proszę Męża, żeby stawał za mną. Wtedy to jego wszyscy macają, a nie mnie. O kilku trikach, jak oszukać turystę, opowiedzieli Mężowi koledzy z pracy, na przykład o podmianie banknotów. Pomogło nam to na lotnisku w Delhi, kiedy przedpłacaliśmy taksówkę. Już widzieliśmy jak magicznym sposobem zamiast 500 rupii, które podaliśmy, w dłoni kasjera znalazło się 100 rupii. Następnie, pan zamiast wydać resztę, przekonywałby nas, że dostał od nas tylko 100 rupii i domagałby się brakującej kwoty. Wiedząc o co chodzi, zareagowaliśmy z wyprzedzeniem i kilka razy głośno wpletliśmy w naszą konwersację zdanie "Daję Ci 500 rupii". Pomogło, banknot 500 rupii niepostrzeżenie wrócił do dłoni kasjera.

Potwornie wkurzały mnie natomiast włóczące się grupki późno nastoletnich młodzieńców, próbujące robić nam zdjęcia z ukrycia. To jest tak jak ze ściąganiem w szkole – tylko ściągającemu wydaje się, że nikt nie widzi tego, co on robi. Śmiesznie się patrzy na takich delikwentów, którzy się kręcą i ustawiają niby przypadkiem, tak aby nas złapać w kadr. Cóż, taki urok Indii! Ech, a wystarczy zapytać, i wszyscy byliby szczęśliwsi. A tak to nawet spokojnie w nosie nie można podłubać, bo jeszcze ktoś zdjęcie zrobi. A gdzie te zdjęcia trafiają, pozostaje dla nas ciągle tajemnicą. Kiedy kończyły się już moje pokłady cierpliwości albo ktoś zaczynał robić mi zdjęcia w taki sposób, że musiałabym być głucha i ślepa, aby tego nie zauważyć, wyciągałam mój aparat i urządzałam sesję naszemu paparazzi. Czasami miałam ochotę również przemówić do niektórych językiem gestów, ale jak już wspomniałam, kto wie co się z tymi zdjęciami dzieje. 

Do tego oczywiście wszędzie mnóstwo policji i ochroniarzy. Zazwyczaj schowanych w budkach strażniczych albo zaczytanych na fotelach. Czy czuję się przekonana, że system działa i otrzymam pomoc w razie potrzeby? Niekoniecznie, ciągle uważam, że to pozory. Nie zaryzykowaliśmy zwiedzania Delhi po zmierzchu. A ja w dalszym ciągu nie odważyłabym się na zwiedzanie Delhi bez obstawy Męża. 

I jeszcze jedna niezwykle istotna sprawa w temacie bezpieczeństwa. Wyszukałam w internecie, że w Delhi, pod koniec ubiegłego roku, nasiliły się wizyty węży w mieście. Służby ratujące gady, w jednym miesiącu złapały aż 45 węży różnych gatunków. A trzeba wiedzieć, że w Delhi występuje pospolicie 15 gatunków, z których Niemrawiec indyjski (Common krait) i Kobra mają bardzo toksyczny jad. Najbardziej urzekła mnie w tym wszystkim informacja, że jedną z sześciu Kobr złapanych w Delhi, znaleziono w bankomacie. Tak więc trzeba uważać! Aby idąc po pieniądze nie wrócić z wężem w kieszeni. Dosłownie i w przenośni.

Zwiedzanie zaczęliśmy od dzielnicy rządowej. W skrócie, można powiedzieć, że w jej skład wchodzi wzgórze Rasina Hill, na którym stoją najważniejsze budynki rządowe, długa na trzy kilometry, szeroka droga defiladowa - Rajpath, łącząca wzgórze z India Gate oraz okoliczne uliczki z domami polityków. 

Instalacja artystyczna przed wejściem do National Gallery of Modern Art
(Galeria Sztuki Nowoczesnej). Budynek znajduje się zaraz przy wejściu do parku
otaczającego India Gate. 

Brama Indii (The India Gate) to pomnik zbudowany ku czci 82 tysięcy żołnierzy niepodzielonej armii brytyjsko-indyjskiej, którzy polegli na frontach I Wojny Światowej. Autorem projektu był sir Edwin Luytens, który musiał być rzeczywiście dobry w swoim fachu, gdyż ostatecznie zaprojektował aż 65 powojennych memoriałów w całej Europie. W 1971 roku, pod bramą dobudowano konstrukcję z czarnego granitu. Budowla nazywa się Flame of the Immortal Soldier (Płomień Nieśmiertelnego Żołnierza) i symbolizuje Grób Nieznanego Żołnierza.

Jak twierdzi Mąż, maszyna krocząca z Gwiezdnych Wojen...
A bardziej na poważnie - baldachim z czerwonego piaskowca, zbudowany nad
posągiem króla Jerzego V, władcy Zjednoczonego Królestwa Wielkiej Brytanii i Irlandii
oraz ówczesnego Cesarza Indii. Posąg przeniesiono w inne miejsce, a baldachim pozostał.
India Gate - masywny łuk z czerwonego piaskowca.
Widok od strony Rajpath'u.
Napis na szczycie India Gate, upamiętniający żołnierzy poległych na frontach
I Wojny Światowej.
"Zmarłym z indyjskich armii, którzy polegli z honorem we Francji i Flandrii, Mezopotamii i Persji,
Afryce Wschodniej, półwyspie Gallipoli i wszędzie na Bliskim i Dalekim Wschodzie
oraz w uświęconej pamięci także tym, których imiona zostały zapamiętane, a którzy polegli
w Indiach lub na granicy północno-zachodniej podczas Trzeciej Wojny Afgańskiej."
Strażnik nad Grobem Nieznanego Żołnierza
Rajpath - widok w kierunku India Gate. Rajpath znaczy tyle co "Droga królów".
To długa na ponad trzy kilometry, szeroka i zadbana droga, na której odbywają się
defilady i uroczystości państwowe. To tu właśnie corocznie, 26 stycznia, odbywa
się wojskowa parada z okazji Republic Day.
Pamiętacie wielbłądy i akrobacje na motocyklach?!
Po obu stronach Rajpath'u ciągną się parki. Widok z parku na India Gate.
Rajpath - widok w kierunku Rasina Hill.
Rasina Hill - widok z parku

Vijay Chowk - Plac Zwycięstwa
Jedno z dłuższych przejść dla pieszych, jakie widziałam. I udało się nam przez
nie bezpiecznie przejść. Przypominam, że ciągle jesteśmy w Indiach.
Park obok Placu Zwycięstwa, tuż przed wejściem na Rasina Hill. 






Na Rasina Hill, wzdłuż drogi, stoją  symetrycznie dwa budynki, nazywane North
i South Block (Bloki Północny i Południowy). Mieszczą się w nich biura rządowe,
ministerstwa, a także siedziba Premiera Indii. 
Boczne wejście do Północnego Bloku

Brama prowadząca do Rashtrapati Bhavan, oficjalnej siedziby Prezydenta Indii.
Budynek, zaprojektowany skądinąd również przez sir Edwina Lutyens'a, stoi na krańcu
Rasina Hill i jest otoczony ogrodami Mughal Gardens. Są one podobno bardzo piękne,
ale nie dane było nam zweryfikować tego osobiście. Ogrody są zamknięte i udostępniane
dla zwiedzających tylko przez miesiąc w roku.

Rajpath, widok z Rasina Hill - na pierwszym planie Vijay Chowk (Plac Zwycięstwa),
w tle India Gate.

A na koniec pewna prawda uniwersalna - jak w każdej dzielnicy rządowej, w Indiach też małpy biegają po ulicach...





cdn.

czwartek, 19 marca 2015

Nauka na własnych błędach, czyli kulinarne odkrywanie Indii

Mamy już nasz cały sprzęt kuchenny – teraz już nie ma wymówki, gotuję. Do tego mąż, jako kolejny etap indianizacji, nabył swojego „lunchboksa”, czyli metalowy, okrągły pojemnik, w którym zabiera jedzenie do pracy.

W Lunchboksie Mąż może zabrać trzy dania. Jedno, to ryż albo placki roti.
Drugie i trzecie, to już zazwyczaj bardziej treściwa część posiłku. Najczęściej
są to sosy na bazie roślin strączkowych (dal), którymi polewa się ryż, albo dania o mniej płynnej
konsystencji wyjadane plackami. To tej drugiej kategorii kwalifikuje się pełen zakres potraw z
przeróżnymi warzywami lub serem paaner. Na powyższym zdjęciu, w środkowej
miseczce, znajduje się Dum Aloo, a w krańcowo prawej Paaner Makhani.
W tle na metalowej misce, jedne z naszych pierwszych roti. Wtedy jeszcze o tym nie
wiedzieliśmy, ale wygląd naszych placków jest karygodny! Idealna indyjska gospodyni
produkuje idealnie okrągłe roti! Kiedyś Saraswati pokazywała mi jak się robi roti i nie
miała odwagi powiedzieć mi, że moje są zbyt do niczego. Teraz, gdy analizuję sytuację,
wiem, że próbowała! Coś sugerowała, ale ja akurat byłam bardzo skoncentrowana na tym, aby ich
nie spalić. Bo należy wiedzieć, że placki najpierw rzuca się na rozgrzaną, suchą patelnię,
a potem w końcowej fazie, bezpośrednio na ogień, aby urosły i się rozwarstwiły.
Byłam na tyle dumna z moich roti, że pomyślałam - przecież kształt nie zmienia smaku!
A tu taki kwas. Mąż dowiedział się w pracy o tym jak ważne jest, aby roti były okrągłe.
Niektóre gospodynie nawet odrysowują kształt od miseczek i wycinają nożem!
Jedno jest pewne - roti mojego Męża są najbardziej okrągłe w całym biurze! Jest na to
jeden sposób - my robimy ciasto wieczorem, a rano wałkuje je Sarastwati. A Roti
produkowane przez Saraswati są takie, że dzieci w szkole cyrkla nie potrzebują...
To jedne z moich późniejszych roti. Nie są idealne, ale postęp widać!

Indyjską przygodę kulinarną zaczęliśmy mało indyjsko – od upieczenia chleba, którego bardzo nam tu brakowało. Jak długo można jeść na śniadanie płatki z mlekiem?! A potem nadszedł czwartek i zadzwoniłam do rodziców. Tata zapytał mnie, czy w Indiach są pączki? Na początku uznałam pytanie za lekko dziwne, ale nadeszła chwila refleksji – tłusty czwartek! I zalała mnie ślina na wspomnienie pączków. I tak długo mi się faworki śniły, że postanowiłam przynajmniej drożdżówkę upiec. Znalazłam przepis i drożdże. Nawet dżem truskawkowy sama zrobiłam! I poszłam do sklepu mąkę kupić. A tam: Maida, Atta i Besan. Lekka konsternacja! Wybrałam Attę i to był błąd. Wyszedł razowy zakalec. Cały zjadłam sama... W sumie dobrze, że nie naszła mnie ochota na biszkopt.

Tym oto sposobem nauczyłam się, że mąki nie wybiera się po kolorze i nie z każdej wyrośnie drożdżówka. Maida to drobno mielona i wybielana mąka pszenna używana do wypieku białego chleba, pizzy i tortilli. Następnym razem, gdy najdzie mnie ochota na drożdżówkę, powinnam użyć właśnie niej! Atta z kolei, jest także pochodzenia pszenicznego, ale z innego gatunku zboża (durum wheat - pszenica twarda). Ciasto z niej wyrobione jest bardzo zwarte i daje się cienko rozwałkować. A także, co nauczona własnym doświadczeniem zapamiętam na długo, nie wyrasta! Właśnie z Atty robi się roti. Besan wytwarzany jest z ciecierzycy i robi się z niego pakorę (ciasto smażone w głębokim tłuszczu, mogą być w nim zanurzone np. warzywa) oraz, po zmieszaniu jogurtem peeling do twarzy.

Nauczyłam się również, że w Indiach liczy się rozmiar. I nie wyobrażajcie sobie nic zdrożnego... Mam na myśli tylko papryczki chilli. Albo aż! A wszystko zaczęło się jakiś czas temu. Wybraliśmy przepis i zrobiliśmy zakupy na bazarze. Zaczęliśmy przygotowywać składniki i Mężowi przypadło w udziale krojenie ostrych papryczek. Coś tam wspominał, że ręce pieką, ale pomyślałam, że mężczyźni są po prostu bardziej wrażliwi. Jak to facet – potarł oko, poszedł zrobić siku, podłubał w nosie... Pomyślałam, drogi Mężu, no kto by się spodziewał?! Prawdziwy lament zaczął się po wieczornym prysznicu – palce zaczęły go potwornie piec. Poszperałam w internecie i wygrzebałam, że to na pewno kapsaicyna, substancja odpowiedzialna za ostry smak papryki chili, a Mąż musi być na nią po prostu uczulony. Jakoś mi w mej mądrości nie przyszło do głowy, że to nie była jego pierwsza papryczka chilli w życiu... Ale pierwsza w Indiach! Stwierdziliśmy, że jak rano nie przejdzie, to szukamy lekarza. Przeszło i o sprawie zapomnieliśmy.

Zapomnieliśmy na krótko, do kolejnego wspólnego gotowania... Postanowiłam udowodnić Mężowi, że moja teoria o uczuleniu jest słuszna i sama zabrałam się za krojenie papryczek. Jako kobieta przewidująca, trzymałam ręce z daleka od twarzy i innych miejsc newralgicznych i na koniec mogłam z satysfakcją powiedzieć, że nic mi nie jest. Aż do wieczornego prysznica... Od tego momentu historia się powtórzyła. Prawdopodobnie woda rozmiękcza skórę i pozwala, aby substancje wniknęły w nią głębiej. W każdym razie, miałam okazję poczuć ognie piekielne na moich dłoniach. I nie tylko dłoniach... Zanim zorientowałam się, że się zaczyna, umyłam się gruntownie, wyjęłam soczewki kontaktowe z oczu, powklepywałam kremy tu i ówdzie... Jednym słowem rozmazałam sobie cholerstwo po całym ciele. Nie było nam radośnie jak Mąż biegał z butelkami wody mineralnej, abym mogła wypłukać oczy. Przynajmniej wiemy już, że żadne z nas nie jest uczulone. A zielone indyjskie papryczki chilli kroimy już tylko w rękawiczkach! A im mniejsze, tym bardziej ostre! Dobrze, że przynajmniej Mąż nie jest z kategorii tych co lubią na koniec wspomnieć "A nie mówiłem"!

Indie są krajem przypraw i pikantnego jedzenia. Aby zacząć cokolwiek gotować, sprawdzam zawsze przepis, a potem przystępuję do jego tłumaczenia. I nie chodzi tu o barierę językową. Po prostu większość składników jest dla mnie zupełnie obca! 

Tutejsze przyprawy można zasadniczo podzielić na trzy kategorie. Pierwsza to suszone korzenie, kłącza, kory oraz nasiona. Druga to świeże zioła, w formie liści, łodyg lub kwiatów. Trzecia natomiast, to warzywa aromatyczne, głównie cebula, czosnek i świeży korzeń imbiru. Przyprawy mogą występować w różnych formach przetworzenia - nieprzetworzonej,  posiekanej, zmielonej, rozgniecionej... Do niektórych potraw trzeba je przed dodaniem uprażyć, do innych podsmażyć na oleju lub ghee, do jeszcze innych wrzucić w wersji nieprzetworzonej. Zasadniczo przyprawy powinno się dodawać do potrawy zaczynając od tych najbardziej intensywnych, a na koniec pozostawiając te lżejsze. Oddzielną kategorię stanowią indyjskie masale, czyli mieszanki przypraw. Istnieją dwa sposoby ich przyrządzania: w proszku lub w paście. Proszki stosuje się zazwyczaj do potraw duszonych i gotowanych, a pasty do marynowania mięsa, ryb, sera i warzyw przed pieczeniem, smażeniem lub gotowaniem. Najbardziej popularne indyjskie masale to na przykład: Garam Masala, Chaat Masala czy Tandoori Masala. Wszystkie można oczywiście gotowe kupić w sklepie, ale wytrawne gospodynie przygotowują je same, według pilnie strzeżonych receptur. Saraswati kupuje swoje w dużej ilości zawsze, kiedy odwiedza rodzinną wioskę i nie używa żadnych innych. 

W kuchni indyjskiej najczęściej używanych jest siedem przypraw lub mieszanek. W trakcie gotowania są one dodawane w dużej mierze „na oko” i według preferencji kucharza. W większości domów przechowywane są one w dużym, metalowym pojemniku z przegródką na każdą z nich. Jako, że i my zaczęliśmy naszą przygodę z kuchnią indyjską, również zaopatrzyliśmy się w miejscowy pojemnik na przyprawy.

Nasz pojemnik na przyprawy. Siedem głównych przypraw używanych w indyjskiej
kuchni to: Sól, Dhania Powder (sproszkowana kolendra), Jeera (ziarna kminu rzymskiego),
Haldi (sproszkowany turmeric, czyli kurkuma), Red Chilli Powder (sproszkowane
czerwone papryczki chilli), Garam Masala oraz Amchoor (sproszkowane suszone mango).
Przyprawy wymieniłam zgodnie z ruchem wskazówek zegara, w środku znajduje się Amchoor.
Myślę, że sól każdy rozpozna. Na wszelki wypadek - to ten biały proszek!
I nie podejrzewajcie, że sama jestem taka mądra. Nazwy przypraw ciągle mi się mylą!
Pomagam sobie przy gotowaniu karteczką, która zawiera rysunek z rzutem poziomym
pojemnika i nazwami przyprawy.

Poznaliśmy też niedawno okrę, znaną na świecie pod nazwą ladies' fingers (damskie palce), a w Indiach jako Bhindi. W Polsce, jak to zazwyczaj z uroczymi nazwami własnymi bywa, występuje jako Piżmian jadalny. Strąki okry są długie, zielone i pokryte delikatnym meszkiem. Okrę można smażyć, gotować, marynować, grilować... W Indiach zazwyczaj podaje się ją smażoną z przyprawami oraz produkuje się z niej pikle. Przy krojeniu bardzo się klei, a po przetworzeniu ta kleistość dodaje potrawie gęstości. Podobno ziarnka okry prażone i zmielone tak jak kawa, dają się zaparzyć i całkiem nieźle smakują.

Okra przed przetworzeniem

Smażona okra z pomidorami - jedno z moich ulubionych dań!

Słowo o wołowinie. Czwartego marca weszło w Indiach nowe prawo. Właściwie to tylko w stanie Maharashtra. Choć i tak ubój krów był już wcześniej zakazany, ratyfikowano Maharashtra Animal Preservation Bill, poprawkę do stanowej ustawy o ochronie zwierząt. Dokument czekał od 1995 i nikt tak naprawdę nie spodziewał się, że wejdzie on kiedykolwiek w życie. Konsekwencją nowego prawa jest całkowity zakaz uboju cieląt i wołów, a także sprzedaży oraz posiadania mięsa i produktów tego pochodzenia. Dla osób łamiących nowe prawo przewidziane są kary grzywny (10.000 INR – około 600 PLN) oraz pięciu lat więzienia! W Indiach nie znane jest chyba pojęcie vacatio legis, w związku w tym nowe prawo weszło ze skutkiem natychmiastowym. W sumie to i tak należy się cieszyć, że nie zadziałało wstecz, jak w przypadku na przykład zmian w podatkach. No ale udowadnianie, że ktoś zjadł wołowinę tydzień temu może być rzeczywiście trudne. Jakie skutki nowe prawo przyniesie dla nas? Mało istotne. Po pierwsze, nie zamówię już mojej ulubionej pizzy z wołowiną. Po drugie, musieliśmy pozbyć się bulionu wołowego. Jakie skutki dla Hindusów? Mówiąc oględnie, nie są oni zadowoleni z tej zmiany. Wołowina ze względu na słaby popyt (kwestie religijne) oraz słabą jakość mięsa, była bardzo tania i spożywali ją ci najbiedniejsi. Poza tym, z dnia na dzień pracę straciło mnóstwo ludzi - pracownicy rzeźni, kierowcy, którzy przewozili mięso, pracownicy sklepów... To tak tyle w temacie braku rozdziału religii od państwa...

To teraz będzie o jajach. Tych kurzych! Bo jak już wspomniałam, ile można jeść na śniadanie płatki z mlekiem. W Indiach jaja należy spożywać w postaci dobrze przetworzonej, czyli najbezpieczniej ugotowane na twardo. Jadamy je czasami również w formie  dobrze wysmażonej jajecznicy, choć powiem szczerze, że różnią się one kolorem i smakiem od tych z Polski czy Niemiec. Musieliśmy zrezygnować niestety z naszej ulubionej formy „na miękko”. Kiedy ostatnio zostaliśmy zapytani, dlaczego tak bardzo uważamy, bo przecież na jajach przenoszone są tylko bakterie Salmonelli, które giną pod wpływem wysokiej temperatury, to nie potrafiliśmy odpowiedzieć. Poszperałam w internecie i znalazłam informację, że skorupka jajka wcale nie jest tak szczelna jak się przypuszcza, a szczepy Salmonelli znajdowane są często również w żółtkach jaj. Ja czuję się przekonana! A spacer, który odbyłam pewnego pięknego, słonecznego dnia w poszukiwaniu jaj na sobotnie śniadanie, sprawił, że nie potrzebuję już żadnych argumentów naukowych. Wystarczy mi to co zobaczyłam! I od tej pory zawsze będę myła jajka płynem do naczyń, nawet przed gotowaniem!

Cała sytuacja miała miejsce na bazarze. Tym samym, gdzie kupuję warzywa i owoce. Zachęcona faktem, że wszystko mogę kupić w najbliższej okolicy, stwierdziłam, że poszukam też okolicznego sprzedawcy jajek. Podpytałam na rynku gdzie takiego znajdę i poszłam do stoiska. Sprzedawcy nie było. Koledzy z okolicznych budek zaczęli jego poszukiwania, a ja miałam czas, żeby przyjrzeć się temu kurzemu nieszczęściu. Oprócz jajek można było w tym samym stanowisku nabyć żywe kury. Towar nie wyglądał zachęcająco. I chociaż same jajka były umyte, to tak patrzyłam na te biedne kury, prawie bez piór, ze skórą pooraną jakimiś chorobami, stłoczone w klatkach po kilkanaście, tak że chodziły sobie po głowach, ubrudzone własnymi odchodami... Do tego temperatura i smród. I powiem szczerze, że tylko kombinowałam jak stamtąd uciec. A czas działał na niekorzyść sprzedawcy. Kiedy on się ciągle nie pojawiał, powiedziałam po prostu, że nie mogę niestety dłużej czekać.

Jajka udało mi się w końcu kupić w okolicznym sklepie. I co z tego, że czyste i trzymane w lodówce? Nie zapomnę tego co widziałam! Zresztą nie uwierzę, gdy ktoś mi powie, że te jajka pochodzą z lepszej hodowli. One są z takiego samego miejsca, jak to gdzie byłam wcześniej, tylko dzięki normalnym warunkom sprzedaży zachowane zostały pozory. Zresztą to są Indie! A tu określenie „normalny” ma zupełnie inne znaczenie. 


Opakowanie jajek - a ta matematyka nie była wcale taka prosta.

Na koniec też będzie o ptakach. Tylko nie takich do jedzenia. Choć pewnie gdy ktoś jest bardzo głodny to też można. U nas na balkonie ptaki poczuły lato! 

Papugi dalej się czubią...

Wróble uprawiają wolną miłość...
Kruki straszą...
A my poznaliśmy nowego ptaka powszechnie występującego w Mumbaju. Przylatuje
tuż przed zachodem słońca na drut obok naszego balkonu i skrzeczy. Przedstawiam
niniejszym Bilbila czerwonoplamego (Red-vented bulbul). Bilbile charakteryzują się ciemnym
upierzeniem, z prawie czarnymi piórami na czubatej głowie, białym kuprem i czerwoną plamką
na spodzie ogona. W 19 wieku w Indiach ptaki te były często trzymane w klatkach
oraz wykorzystywane do walk. Przywiązywano je nitką do palców
właścicieli i walczyły, starając się zdobyć czerwone piórko przeciwnika.

poniedziałek, 9 marca 2015

W świecie kolorów, czyli Happy Holi

Na Holi wszyscy czekają. Już dwa dni wcześniej, ludzie zaczynają zbierać drewno, z którego przy ulicach, w parkach i na podwórkach układane są stosy. W wigilię Holi, po zachodzie słońca, zapala się je, a ludzie zebrani wokół nich tańczą i śpiewają. W dzień Holi zaczyna się prawdziwe szaleństwo. Ludzie posypują się proszkiem i obrzucają woreczkami z wodą. Radosna zabawa kolorami odbywa się wszędzie, w domach, na podwórkach i ulicach, przed świątyniami...

A potem wszyscy chodzą kolorowi...

Happy Holi!

My też bardzo wyczekiwaliśmy Holi. Z ciekawości i żądzy fotograficznej. Poza tym trudno mi wyobrazić sobie bardziej radosne święto. Ale o co tak właściwie w Holi chodzi, bo jakoś nie wierzyłam, że całe to szaleństwo dzieje się bez przyczyny?!

Holi jest przede wszystkich, bardzo ważnym dla Hindusów, świętem religijnym i związane są z nim dwie legendy, które wiele wyjaśniają.

Według pierwszej z nich, nazwa “Holi” pochodzi od imienia Holiki, złej siostry króla demonów, Hiranyakashipu. Hiranyakashipu był królem Multan i był praktycznie niezniszczalny. Posiadana moc tak go zaślepiła, że śmiał uważać się za boga i żądał aby czczono tylko jego. Tymczasem jego syn, Prahlada, odważył się mu sprzeciwić i pozostał wyznawcą Vishnu. Hiranyakashipu wpadł w szał i próbował ukarać chłopca, ale mu się to nie udawało. Postanowił wreszcie poprosić o pomoc swoją siostrę, Holikę. Kobieta podstępem doprowadziła do tego, aby Prahlada usiadł obok niej na stosie pogrzebowym. Chytry plan zakładał, że Holice, okrytej szalem, który chronił ją od ognia, nic się stanie, a Prahlad poniesie straszną śmierć w płomieniach. Zadziałał jednak Vishnu! Kiedy podpalono stos, pojawił się i zabił Hiranyakashipu oraz sprawił, że magiczny szal ześlizgnął się z Holiki i otulił chłopca, tak że to jemu nic się nie stało. Ogniska, które płoną w noc przed Holi mają właśnie przypominać o tym wydarzeniu i symbolizować zwycięstwo dobra nad złem.

Według innej legendy Krishna, bóstwo będące jednym z wcieleń Vishnu, za swoich dziecięcych czasów został zatruty mlekiem żeńskiego demona, Putany. Na skutek tego zdarzenia jego skóra zmieniła kolor i stała się niebieska. Krisha rozpaczał z tego powodu i był przerażony, że żadna dziewczyna go nie zechce. Zwłaszcza piękna, jasnoskóra bogini Radha, w której się podkochiwał. Wtedy matka Krishny doradziła mu, aby zbliżył się do ukochanej i w ramach zabawy wysmarował jej twarz różnymi kolorami. Nie jestem przekonana, czy taka forma zalotów podziałałaby na wszystkie kobiety, ale w tym wypadku się udało i młodzi zostali parą. A Holi obchodzi się co roku, aby upamiętnić kolorowanie twarzy Radhy.

Holi nie ma stałej daty w kalendarzy gregoriańskim - wypada w lutym albo marcu. Obchodzi się je w dniu równonocy wiosennej, w dniu pełnego księżyca. Jest to rozpoczęcie wiosny. Hindusi wierzą, że nadszedł wreszcie czas pożegnać zimę i radować się wiosennym bogactwem kolorów. Poza tym, na północy Indii, Holi oznacza również początek nowego roku. Jako, że ostatni, dwunasty miesiąc indyjskiego księżycowego kalendarza, Falguna, kończy się w dniu pełni księżyca, to palenie ognisk wypada w ostatni dzień starego roku, a Holi w pierwszy dzień nowego.

Całej zabawie przyświeca piękna idea. Jest to moment na zażegnanie konfliktów, naprawienie relacji, zapomnienie i wybaczenie. Każdy może wziąć udział i wszyscy są sobie równie: dzieci i dorośli, kobiety i mężczyźni, biedni i bogaci... W dwóch słowach, Holi to festiwal kolorów i miłości!

Tyle jeżeli chodzi o teorię. A teraz przejdźmy do praktyki!

Nasze pierwsze Holi zdecydowaliśmy się spędzić na plaży w Juhu. Chcieliśmy, żeby się dużo działo. Poszliśmy tam z zamiarem pobrudzenia się i zabawy razem z innymi.

Na ulicach wszyscy świętują. Owszem, ludzie gonią się po plaży i polewają wodą, ale raczej odbywa się to w gronie znajomych. Od razu po wyjściu z budynku natrafiliśmy na naszego ochroniarza, który radykalnie zmienił barwy i nie wydawał się z tego powodu szczęśliwy. Jak najbardziej to rozumiem, nie każdy musi chcieć się bawić! Nie sądzę również, aby z tytułu Holi przysługiwał mu dodatkowy mundur. Podejrzewam, że był to efekt zmasowanej akcji dzieci z naszego budynku, które nie czują przed nim specjalnego respektu. Poza tą sytuacją, gdzie mogłam także dokonać nadinterpretacji, nie widzieliśmy ani jednego przypadku, gdzie ktoś byłby zmuszony do zabawy. Piszę to w kontraście polskiego lanego poniedziałku, kiedy to bez samochodu nie można się już przemieszczać suchą stopą. W Mumbaju widziałam na ulicy czyste kobiety, pary, dzieci, turystów!

My bardzo długo pozostaliśmy niepokolorowani. I to pomimo tego, że zaraz po wyjściu za bramę Mąż, żeby inni nie krępowali się moją czystą koszulą, zrobił mi czerwonego kleksa na ramieniu. Po drodze na plażę, wszyscy się z nami witali farbując nam dłonie na różne kolory, życzyli Happy Holi i przyjaźnie machali. Pewna ekipa próbowała trafić w nas z dachu woreczkami z wodą, ale byliśmy szybsi. Potem jeszcze kilka razy jakieś dzieciaki trafiły woreczkami po łydkach. Mieli cela skubani – popularność krykieta procentuje! Woda zawsze była czysta. To znaczy bez farbek! Pierwsi odważni z proszkiem pojawili się dopiero na plaży. Ale nikt nas nie zaatakował z zaskoczenia, co, nie powiem, trochę nas rozczarowało. Wszyscy najpierw pytali czy mogą, a potem dłonią zanurzoną w proszku zostawiali ślady na obu policzkach i czole. My wyciągaliśmy własny proszek i ozdabialiśmy ich w ten sam sposób. Na koniec następowało uściśnięcie ręki, albo bardziej spontaniczne uściski i życzenia Happy Holi. I naprawdę uważam, że można ze spaceru w Holi wrócić czystym! Przynajmniej w Mumbaju.

Teraz trochę o kolorowych proszkach. Mają niesamowite kolory! I są uzyskiwane naturalnie! Zresztą nie ma się czemu dziwić. Przecież barwniki, to obok przypraw, jeden z pierwszych towarów eksportowych Indii. Czerwony i pomarańczowy uzyskiwane są przede wszystkim z drzewa sandałowego i suszonych kwiatów hibiskusa, brązowy z liści herbaty, purpura z buraków, żółty to zazwyczaj turmeric, znany szerzej jako kurkuma.

Wszyscy nas ostrzegali, że proszki nie chcą się zmywać i spierać. Poza tym z proszkami jest często taki problem, że te z niższej półki mogą zawierać różne chemikalia, które powodują podrażnienia skóry. Udało mi się kupić dla nas bezpieczne, naturalne proszki, ale nigdy nie wiadomo, co mają w woreczkach inni. Poczytałam w internecie, poradziłam się Saraswati i wyciągnęłam własne wnioski. Po pierwsze, ochrona oczu – tu dobrze sprawdziły się po prostu okulary przeciwsłoneczne. Po drugie, ochrona skóry i włosów.  Uznaliśmy, że należy założyć na siebie takie ubrania, których nie będzie nam potem szkoda. Koniecznie długie rękawy i nogawki. Wymyśliłam również, że oboje Mąż i ja, musimy posmarować się olejem kokosowym, aby proszki nie wniknęły głęboko w skórę i włosy. Hindusi używają do tego celu również oleju musztardowego, ale ten ma tak intensywną woń, że trudno sobie z nią poradzić. Zapach lekko przypalonej kokosanki też zresztą nie należał do najprzyjemniejszych. Zresztą chyba nigdy w życiu nie czułam się bardziej klejąca...

Nie przewidzieliśmy jednego – naturalnie dostosowana, ciemna skóra Hindusów się nie opala! W przeciwieństwie do naszej, dodatkowo nadzwyczaj obficie posmarowanej olejkiem kokosowym. Spaliliśmy sobie czaszki tak, że dziwię się, że nie słyszałam skwierczenia. Przedziałek, czoło, nos... Ale to nie wszystko, bo gruba warstwa proszku na policzkach działa jak najlepszy filtr. W związku z tym po zmyciu barw, okazało się, że pozostała nam na twarzach wzorzysta opalenizna, jakiej nie powstydziłby się niejeden projektant tkanin. Teraz, kierując się własnym doświadczeniem, do poradnika jak przetrwać Holi, dopisałabym również, aby pod warstwą olejku pamiętać o kremie z dużym filtrem!

Mycie i pranie poszły sprawniej niż przypuszczaliśmy. Mąż domył się właściwie za pierwszym razem. Mi po pierwszym namaczaniu, pozostały różowe plamy na twarzy, zielone na brzuchu i brud pod paznokciami we wszystkich kolorach tęczy. Na twarzy barwy szybko przemieszały się z moją uroczą opalenizną i było mi już wszystko jedno. Brzuch domyłam po dwóch dniach. Jeżeli chodzi o pranie, proszek do prania nie zawiódł. Zawiodła nasza inteligencja. Przekonani, że i tak rzeczy są już do wyrzucenia, upraliśmy wszystko razem, w 90 stopniach, łącznie z brązowymi sztruksami Męża. Jak łatwo się domyślić, w efekcie przybyło nam w garderobie brązowych ubrań wszelkiego typu... 

A teraz kilka zdjęć - wyjątkowo autorem wszystkich jest Mąż, gdyż nie radziłam sobie z obsługą zapasowego aparatu.


Nasze proszki - organiczne i bezpieczne
W drodze na Juhu Beach. Przez cały czas szliśmy w towarzystwie pokolorowanych ludzi.
Jedni pokolorowani bardziej, inni mniej...
...wszyscy chcieli, aby robić im zdjęcia.
Wejście na plażę - przypływ, największy właśnie przy pełnym księżycu, zabrał plażę.

Ci co wcześniej zaczęli, szybciej skończyli.
Świętowali wszyscy, niezależnie od wieku.

Pomalowani ludzie zmywali farby w morzu. Może to jest właśnie sposób, aby barwniki
nie wniknęły głęboko w skórę?!
Panie celebrują święto kolorów swoim strojem.
Fotograf na plaży w Juhu - kolor idealnie dobrany do kapelusza
Proszek unoszony przez wiatr
Wzdłuż plaży pływały statki - na nich również posypywano się proszkiem.

Ochrona raczej przed słońcem, niż przed proszkiem. Panowie bardzo się wyróżniali
w chaotycznej masie ludzi na plaży.



Psy także świętują Holi
Plaża była tego dnia bardzo zatłoczona. Nigdy też nie widzieliśmy takiej liczby
równocześnie kąpiących się w morzu ludzi.


Zaangażowany fotograf - jak widać zupełnie niepokolorowany.

Czy wydarzyło się coś mniej sympatycznego? Właściwie nie, ale też nie prowokowaliśmy okoliczności. Holi jest świętem radosnym i przyjemnym, ale mam wrażenie, że tylko do pewnej godziny. Jest to dzień wolny od pracy i mężczyźni piją wtedy sporo alkoholu. Spożywają również wmieszany w napoje i słodycze Bhang, czyli psychoaktywny wyciąg z konopi. My zebraliśmy się do domu przez 16, ale myślę że do zachodu słońca świętowanie na ulicach jest bezpieczne. Z tych mniej sympatycznych to jeden z panów, w ramach smarowania twarzy proszkiem, stwierdził niespodziewanie, że zrobi mi też różową krechę na ustach. Higienicznie się nie poczułam - prawie widziałam, jak bakterie skaczą mi po ustach i do mnie machają. Poza tym, usłyszałam jeden seksistowski komentarz. Był na tyle sugestywny, że zrozumieliśmy pomimo bariery językowej. Odpowiedź przekazaliśmy w międzynarodowym języku gestów...