wtorek, 3 marca 2015

Nasze podróże - Chennai cz. 1

Właśnie odbyliśmy naszą pierwszą wyprawę poza Mumbaj. Postanowiliśmy przedłużyć wyjazd służbowy Męża o sobotę i niedzielę. Dla mnie było to kolejne małe wyzwanie! Musiałam przylecieć sama do Chennai, a potem dostać się taksówką do hotelu. Nie ukrywam, że obawiałam się tego, gdyż w Indiach nie zawsze wszystko jest logiczne i przebiega tak, jak można by się tego spodziewać. Poza tym, w takich okolicznościach, jestem kobietą samotnie podróżującą w Indiach. 

Na zwiedzanie przeznaczyliśmy jeden pełny dzień - sobotę. Zobaczyliśmy połowę tego co zaplanowaliśmy, dziwnych sytuacji trochę było, nowe doświadczenia i wiedzę nabyliśmy... Wyjazd na pewno należy zaliczyć do udanych!

Chennai, czyli dawny Madras, to piąte co do wielkości miasto w Indiach, stolica stanu Tamil Nadu. Położone jest ono na południu kraju, na równinach Wybrzeża Koromandelskiego, nad Zatoką Bengalską Oceanu Indyjskiego.

Kiedy w 1639 r. przypłynęły statki Brytyjskiej Kompanii Wschodnioindyjskiej pod dowództwem sir Francis Day’a, w miejscu Chennai istniała rybacka wioska o nazwie Madraspatnam. Brytyjczycy wykupili od lokalnych władców kawałek ziemi oraz licencję na wybudowanie fortu i magazynów handlowych. Z takiego zalążka już w 17. wieku rozwinęło się wielkie miasto, będące jednym z głównych ośrodków wpływów brytyjskich w Indiach.

Nasze pierwsze wrażenia? Po pierwsze inny typ zabudowy niż w Mumbaju. Raczej małe, kolorowe domki niż wysokie budynki. W Chennai nie ma slumsów – widać to dokładnie, kiedy porównamy zdjęcia z samolotu. Po drugie, wydaje mi się, że generalnie żyją tam ludzie bardziej zamożni, taka klasa średnia. Co mam na myśli? Mumbaj charakteryzuje się dużym rozwarstwieniem, od ludzi bardzo bogatych, do ekstremalnie biednych, mieszkających na ulicy. W Chennai nie widzieliśmy nikogo, kto żył na ulicy. Nie było też właściwie ludzi żebrzących na ulicy. Owszem, byli żebracy przy świątyniach i w miejscach typowo turystycznych, ale nikt nie pukał w okna taksówki zatrzymującej się na czerwonym świetle. Zwróciłam też uwagę na to, że po ulicach jeżdżą bardziej zadbane samochody, często SUV'y lokalnych marek. Po trzecie, mnóstwo policji i wojska. Co chwila natrafialiśmy na akademie wojskowe, koszary, szkoły policyjne... Po czwarte, Chennai jest bardzo zielonym miastem, z ładnie zaplanowanymi parkami i skwerkami. Można tam również znaleźć miejsca ciche i spokojne. Kiedy byliśmy na plaży w godzinach południowych, było tak pusto, że aż trudno było uwierzyć, że to ciągle Indie. W Mumbaju takiego miejsca jeszcze nie odkryliśmy. Po piąte wreszcie, jest to bardzo polityczne miasto. Bardzo dużo tam pomników upamiętniających znanych lokalnych polityków. Poza tym, jest ono dosłownie obklejone wizerunkami liderów obecnie rządzącej partii. Najpierw nie wiedzieliśmy do końca o co chodzi – może zbliżają się jakieś wybory? Ale Mąż zasięgnął informacji i okazało się, że jest to forma promowania się przez polityków będących obecnie u władzy. Czy skuteczna? Jak nie byłabym zachwycona, gdyby w Polsce politycy za publiczne pieniądze plakatowali swoim wizerunkiem każdą latarnię, budynek czy murek. Ale może to właśnie jest różnica kulturowa...

Chennai - widok z samolotu
Mumbai - widok z samolotu. Te placki między budynkami to slumsy.
Mumbaj - slumsy i początek pasa startowego lotniska
Marina Drive, promenada nad morzem, oplakatowana wizerunkiem
pani Jayalalithaa, premiera stanu Tamil Nadu.
W sobotę zaczęliśmy zwiedzanie od Kapaleeshwarar Temple, największej świątyni w Chennai. Pochodzi ona z 7. wieku i powstała za czasów dynastii Pallava. W obecnym kształcie budowla została w 16. wieku odbudowana ze zniszczeń, których dokonali Portugalczycy.

Nazwa świątyni pochodzi od słowa “kapalam” (głowa) i „eeshwarar”, przydomka boga Shiva. Według zapisów Puranów, świętych pism hinduizmu, w czasie spotkania bogów Brahmy i Shivy na szczycie góry Kailash, ten pierwszy nie okazał Shivie należytego szacunku. Za karę Shiva oderwał Brahmie jedną z głów. W akcie pokuty Brahma zstąpił w Mylapore i zbudował tam lingam, aby udobruchać Shivę. Bogini Karpagambal (takie imię nosi Parvati pod postacią pawia), zasłoniła natomiast dla zabawy oczy swojemu mężowi Shivie i świat ogarnęła na chwilę ciemność. Z tego powodu Shiva rzucił na nią klątwę i przemienił w samicę pawia. Zesłał ją również na ziemię, w miejsce świątyni, aby pokutując mogła wrócić do swojej dawnej postaci. Stąd też wzięła się nazwa dzielnicy, gdzie ulokowana jest Kapaleeshwarar Temple, Mylapore. W Tamil „mayli” oznacza „paw”, a Maylapura (nazwa bez brytyjskich naleciałości), „miasto pawi”.

Świątynia zbudowana jest w stylu dravidiańskim (dravidian), charakterystycznym dla architektury świątyń na południu Indii. Styl ten znany jest z wyjątkowo rzeźbionych gopuram, czyli monumentalnych ozdobnych wież wejściowych oraz vimanams, wież zbudowanych nad świętymi kaplicami. W Kapaleeshwarar Temple wejście wschodnie ozdobione jest prawie 40-metrowym gopuramem, wejście zachodnie, mniejszym, stojącym na brzegu świętego zbiornika wody.

Kapaleeshwarar Temple - widok od zachodu, od strony świętego zbiornika wody.
Uliczka przed głównym, wschodnim wejściem. Aby wejść do świątyni należy
zdjąć buty. Niektórzy dokładali je po prostu na stosik przed wejściem. Dla mniej
odważnych i turystów, po lewej stronie dostępna była mini szatnia. Po prawej
stronie uliczki stoiska z kwiatami i innymi akcesoriami do rytuałów religijnych.
Pani przygotowująca girlandy z kwiatów
Wschodni gopuram - główne wejście do świątyni.



Zakładając, że poruszamy się zgodnie z ruchem wskazówek zegara-
lewy wschodni róg świątyni. Na zdjęciu vimanam, wieże zbudowane nad świętymi kaplicami.
Bogato zdobione wejście do kolejnej kaplicy
Motywy zdobnicze pod sufitem
Widok z korytarza na vimanam i gopuram







Gopuram zachodni. Po prawej stronie wejście do najświętszej kaplicy.
Przechodząc obok niego ludzie kładli się na ziemi.


Właśnie minęliśmy zachodni gopuram i jesteśmy za połową drogi.

W świątyni jest specjalna zagroda, gdzie trzymane są krowy. Są one czyszczone
i ozdabiane kwiatami oraz farbą. Przychodzą także ludzie, aby je pogłaskać i nakarmić.


Święte drzewko w zagrodzie krów.
Mała kaplica w prawym wschodnim roku świątyni, prawie skończyliśmy nasze kółko.
Gopuram wschodni - widok w wnętrza kompleksu
W świątyni nie uniknęliśmy małego faux pas. Świątynię obchodzi się zgodnie z kierunkiem ruchu wskazówek zegara. My poszliśmy odwrotnie! Po drodze delikatnie zwrócił nam na to uwagę jeden Hindus. Wyjaśnił, że to dlatego, że tak płynie Ganges dookoła Shivy. Nie pytajcie o co chodzi! 

Daliśmy tym samym Shivie kolejny powód do złości. Myślę, że jego zemstą za to naruszenie sakrum jest moje dzisiejsze rozwolnienie...

CDN.

wtorek, 24 lutego 2015

Sobotni bogowie

Na początek krótka informacja. Dochodzą do mnie wieści, że niektórzy chcieliby komentować bloga, ale coś nie działa. Sprawdziłam więc i można zamieszczać komentarze, wybierając opcję „anonimowy”. Dla tych, którzy anonimowi pozostać nie chcą, proponuję się podpisać, na przykład mama jako mama, teściowa jako teściowa, siostra jako siostra itd. Myślę, że rozpoznam. Bardziej skomplikowane podpisy w formie spersonalizowanych zagadek również bardzo mile widziane...

A teraz treść właściwa i ostrzegam, będzie bluźnierczo...

W następny weekend wybieramy się do Chennai, czyli dawnego Madrasu. W okolicach miasta znajduje się kilka pięknych świątyń, więc postanowiliśmy wykorzystać sobotę i spróbować najpierw w lokalnych miejscach kultu, tak abyśmy w Chennai mieli choć trochę doświadczenia w tej materii.

Najpierw pojechaliśmy z Krishną do świątyni poświęconej Mahalaxmi (Mahalaxmi Temple). Zabraliśmy ze sobą wszelkie akcesoria, które wydawały się nam stosowne, nie do końca wiedząc, czego możemy się spodziewać. I tak w plecaku, obok standardowego zestawu fotograficznego, znalazły się chusta do ewentualnego zakrycia głowy, butelka wody i trzy pary butów. Oczywiście oprócz tych, które już mieliśmy na nogach! Dla każdego z nas po jednej parze zapasowych, gdyby po wyjściu ze świątyni okazało, się że nasze znalazły nowych właścicieli (wchodząc buty należy zdjąć i pozostawić na zewnątrz) oraz jedne moje, nadmiarowe. Nie mogłam się po prostu zdecydować, których mi będzie najmniej szkoda, jeżeli przepadną! Ubraliśmy się też odpowiednio, w długie spodnie i koszule z rękawem. Do tej pory wspominam naszą wizytę w meczecie w Tunezji, do którego jako głupie dziewczę wybrałam się ubrana w szorty i koszulkę na ramiączkach. Owszem, wpuścili mnie, ale okręconą w trzy koce – jeden na biodrach, drugi na ramionach a trzeci na głowie. Przypominają mi to również bezlitośnie zdjęcia...

Wracając do Indii, co to samej świątyni - to jedna ze starszych w mieście, poświęcona bogini dobrobytu i pomyślności, Mahalaxmi. Historia jej powstania związana jest z budową umocnień linii brzegowej w Mumbaju. Kiedy konstrukcja, jak to się fachowo nazywa, opaski brzegowej, dwa razy się zawaliła, pewnemu hinduskiemu inżynierowi, zaangażowanemu w budowę, przyśniła się figurka bogini leżąca na dnie morza. Rozpoczęto poszukiwania i znaleziono posążek, a budowę umocnień linii brzegowej zakończono bez dalszych perturbacji. Dla uczczenia Mahalaxmi w miejscu zdarzenia wzniesiono świątynię.


Świątynia Mahalaxmi - widok od strony ulicy. 
Widok z lotu ptaka. Zdjęcie ze strony:
http://mumbai.clickindia.com/tourism/mahalaxmitemple.html

Obszar świątyni jest bardzo rozległy. Do schodów, po których wchodzi się do głównego budynku, prowadzi alejka, zastawiona po obu stronach straganami. Można tu nabyć przeróżne dewocjonalia - owoce, kwiaty, słodycze, girlandy aksamitek... Już przed wejściem na schody należy zdjąć buty. Niektórzy wchodzą boso, inni w skarpetach - ja trochę żałowałam, że nie pomyśleliśmy wcześniej i nie zabraliśmy naszych. Jakoś nie mogłam się skupić na własnej duchowości, kiedy przypadkiem wzrok zjeżdżał mi na stopy innych odwiedzających świątynię. Intensywnie planowałam czym ja moje mogę po wszystkim w domu zdezynfekować... Od schodów do głównego ołtarza, obowiązuje, bardzo typowy dla Indii, podział na dwie kolejki, męską i damską. Potem należy przejść przez bramki wykrywające metal i dość pozorną kontrolę. Zwiększone środki bezpieczeństwa obowiązują podobno w większości świątyń i zostały wprowadzone po zamachach w 2008 roku.

We wnętrzu znajdują się wizerunki trzech bogiń: Mahalaxmi, Mahakali i Mahasaraswati. Wszystkie trzy panie noszą kolczyki (w nosie), złote bransolety i perłowe naszyjniki. Ta na środku, trzymająca, kwiat lotusu, to Mahalaxmi. W kaplicy można przekazać kupione wcześniej i przyniesione na tacach ofiary kapłanom, którzy z namaszczeniem ułożą je przed figurkami bogiń. Z tyłu, znajduje się wąski korytarz ze skrzynkami, do których wierni mogą wrzucić monety. Obserwowaliśmy to miejsce chwilę i stwierdziliśmy, że większość osób, zamiast skorzystania ze skrzynek, wpycha monety w tynk, tak aby przykleiły się do ściany.


Dary ustawione przed posążkami trzech bogiń. Kiedy my byliśmy w świątyni tak
to niestety nie wyglądało - tłoczyli się tam po prostu ludzie. Kapłani odbierający
przyniesione na tacach ofiary wyglądali podobnie. Zdjęcie pochodzi z oficjalnej
strony internetowej Mahalaxmi Temple -
http://mahalakshmi-temple.com/gal_mahalashmi.asp

Potem można jeszcze pozwiedzać rozmaite zakątki i zaułki kompleksu oraz zejść do tarasu nad Morzem Arabskim. Nie jest to na pewno strefa sacrum i nienaruszalności, jakiej moglibyśmy się spodziewać, próbując przenieść na tutejszy grunt znane nam wzorce. Święte kapliczki mieszają się z garkuchniami, sklepami, bankomatami, pod nogami plączą się koty i psy... Po wyjściu oboje się zgodziliśmy, że paradoksalnie czuliśmy się w tym chaosie dość swobodnie. Przyjęliśmy zasadę podążania za tłumem i robienia tego, co robią inni ludzie - to była dobra taktyka! I o dziwo, było to jedno z niewielu miejsc, gdzie nikt na nas nie zwracał uwagi...

W Mahalaxmi Temple obowiązuje niestety zakaz robienia zdjęć, a aparaty fotograficzne trzeba zostawić na przechowanie na wejściu, w kanciapie ochrony. Dlatego dysponuję tylko jednym zdjęciem własnej produkcji. Dla zainteresowanych, więcej zdjęć można obejrzeć na oficjalnej stronie świątyni (http://mahalakshmi-temple.com/gal_mahalashmi.asp) albo na Tripadvisorze (http://www.tripadvisor.in/LocationPhotoDirectLink-g304554-d2457515-i37915597-Mahalakshmi_Temple-Mumbai_Bombay_Maharashtra.html).

Po wyjściu ze świątyni musieliśmy zmienić plany na resztę popołudnia. Okazało się, że nasz samochód nie chce odpalić. Trochę poczekaliśmy i udało się ustalić, że w pobliżu jest stacja benzynowa, na której działa warsztat samochodowy. A dyżurny mechanik kończy nawet za 20 minut przerwę obiadową! Najedzony i w dobrym humorze przyszedł i wydedukował, że to pompa paliwowa. Zadzwonił po kolegów i zepchnęli nasz samochód do warsztatu. Sprawny samochód odebraliśmy w poniedziałek! 


W oczekiwaniu na diagnozę...
Pod stacją benzynową, na którą został zepchnięty nasz samochód stał zaprzęg krowi.
A może to był wół? Widok dość niespodziewany na ruchliwej drodze. Zwierzę nieświadome tego,
że jest dla nas atrakcją, spokojnie przeżuwało.




Niespodziewany brak samochodu humorów nam nie zepsuł - potraktowaliśmy zdarzenie jako kolejną przygodę. Zresztą spotkanie takiej krowy wynagrodziło wszystko... Podejrzewaliśmy jednak, że zadziałał tu palec boski. Tylko czyj? Może to była Mahalaxmi, zła, że nie przynieśliśmy jej żadnej ofiary? Może Shiva poczuł się zlekceważony, bo uznał, że to jego świątynię należy odwiedzić jako pierwszą? A może przypomniał o sobie zazdrosny Jahwe z religii, którą próbowano nam wpoić przez większość życia? Któreś bóstwo wkurzyliśmy na pewno. A może nawet wszystkie! No cóż - stwierdziliśmy. Samochód da się naprawić a bogowie muszą sobie sami poradzić ze swoim złym humorem. I poszliśmy do Allaha...

Meczet Haji Ali leży dosłownie kilka kroków od Mahalaxmi Temple. Większość przewodników wymienia go w czołówce miejsc wartych zobaczenia w Mumbaju. I można tam robić zdjęcia!

Haji Ali został zbudowany w 1431 roku. Jest to jednocześnie świątynia muzułmanów i grób Pir Haji Ali Shah Bukhari, który tuż przed pielgrzymką do Mekki zdecydował się porzucić wszelkie radości życia. Legenda głosi, że święty utopił się w miejscu, gdzie został postawiony meczet. Świątynia zbudowana jest z pięknego białego marmuru z Makrany z Rajasthanu, tego samego, z którego wykonane jest Taj Mahal. Podobno w ciągu tygodnia odwiedza ją nawet 80 tysięcy ludzi różnych kast i wyznań. W centralnej świątyni na środku znajduje się grób, przykryty przez czerwone i zielone chaddary, czyli nakrycia nagrobne. Ołtarz wsparty jest na ramie wykonanej z marmuru i srebra oraz ozdobiony motywami wykonanymi z niebieskiego, zielonego i żółtego szkłaBudowla jest pięknie położona, na środku Morza Arabskiego, a można do niej dojść wąską i długą na około pół kilometra groblą. W czasie najwyższego przypływu ścieżka jest zalewana do takiego poziomu, że brodzi się po kostki w wodzie. Po obu stronach zastawiona jest przez stragany i ludzi sprzedających jedzenie oraz wszelakie, zazwyczaj do niczego nie potrzebne, dobra. Pełno jest tam również żebraków i ludzi rozmaicie okaleczonych, proszących o jałmużnę.


Wejście na groblę prowadzącą do meczetu.
Meczet Haji Ali

Meczet nie jest dostępny w porze najwyższego przypływu. My byliśmy tam, kiedy
wody zaczęły już opadać. Na zdjęciu widok w stronę stałego lądu.


Wejście do meczetu
Główna kaplica - pod kopułą znajduje się grób. Jak to w muzułmańskich świątyniach,
obowiązują oddzielne wejścia i pomieszczenia dla kobiet i mężczyzn. Na zdjęciu
skrzydło po lewej przeznaczone jest dla kobiet, po prawej dla mężczyzn. Przed
wejściem należy okryć głowę i zdjąć buty. W świątyni było na pewno więcej hindusów
niż muzułmanów. I zaskoczyło mnie jak wszystko się swobodnie odbywało. Niektóre
kobiety zakrywały głowy tylko chusteczkami do nosa i nikt nie miał z tym problemu...
Tak, mniej więcej, wygląda sam grób z dywanami - zdjęcie ze strony
http://www.mountainsoftravelphotos.com
Kopuła meczetu
Widok na Mumbaj

Widok na Mahalaxmi Temple. Jak wspominałam kompleks ma taras schodzący
do Morza Arabskiego.
Na całej grobli pełno jest zwierząt. I w przeciwieństwie do
Mahalaxmi Temple, gdzie królowały psy i koty, tu dominują
kozy. A takiego pięknego obrazka przyjaźni człowieka
ze zwierzęciem, to chyba jeszcze w Mumbaju nie widziałam.
Całe towarzystwo tak sobie razem spało...

Pod koniec dnia szczęście się do nas uśmiechnęło i udało się nam wrócić do domu wymarzonym Ambassadorem. 




Allaha chyba jakoś specjalnie nie zdenerwowaliśmy. A nawet jeśli! Przecież zostaje jeszcze ciągle Budda...